Zdaniem Proboszcza

Chrześcijanie od czasów Chrystusa cechowali się wielką odwagą w głoszeniu Dobrej Nowiny, tak wielką, że potrafili oddać za tę prawdę swoje życie. Kościół zwraca na to uwagę, przypominając współczesnym wiernym, tych pierwszych męczenników. Dzisiaj niestety brakuje nam odwagi w głoszeniu wiary dlatego, że nasza wiara jest bardzo słaba. Jeżeli ktoś odnosi się w swojej wierze tylko do instytucji czy tylko do jakiejś osoby to rzeczywiście w chwili pojawienia się jakichkolwiek trudności wiara się chwieje a nawet zanika. Wiara musi być moją osobistą wartością, muszę rozumnie przyjąć nawet tajemnice wiary a takie przecież są i wcale nie sprzeciwiają się rozumowi. Ponadto muszę rozumieć czym jest Kościół, którego jestem członkiem. Wielu traktuje kościół jak firmę i patrzy na duchownego jak na jego właściciela. Duchowny to tylko kierujący sprawami Kościoła dla dobra wiernych. I tutaj różne rozumienie dobra często prowadzi do buntu wobec duchownego czy nawet Kościoła. Wielu widzi dobro tylko we własnej perspektywie, zaś obiektywizm zasad wynikających z wiary odrzuca jako wymysł papieża czy biskupa. Pomyśl nieco o swojej wierze, co wiesz i co wybierasz w codziennym życiu.

Ilość zawieranych związków małżeńskich sakramentalnych, niestety systematycznie spada. Wiele par żyjących bez sakramentu nie zamierza go przyjmować a jednocześnie mienią się katolikami. Owszem są katolikami tylko z racji przyjęcia chrztu, natomiast już dawno w nich wygasła wiara w Boga, Jego moc sprawczą czy życie z Bogiem. Ewangeliczne wydarzenie jakim było wesele w Kanie Galilejskiej podkreśla wagę obecności Chrystusa w życiu małżonków od samego początku. Zawierając związek sakramentalny małżonkowie deklarują chęć układania swojego życia w oparciu o Boże zasady, chcą korzystać z łaski sakramentalnej i biorą pełną odpowiedzialność za siebie. Niestety, tej świadomości brakuje wielu młodym ludziom, którzy według „własnej receptury” próbują budować swoje szczęście. Odrzucanie Boga i to świadome zawsze kończy się źle, ponieważ w relacjach małżeńskich, ktoś próbuje zastępować Boga będąc pozbawiony z natury obiektywizmu a także perspektywy przyszłości. Lęk przed odpowiedzialnością, brak dojrzałości psychicznej i emocjonalnej, rozmaite uzależnienia, koncentrowanie się tylko na doznaniach zmysłowych to najczęstsze przyczyny braku sankcjonowania małżeństwa czy to religijnego czy to cywilnego. Pary, żyjące w tzw. wolnych związkach najczęściej się rozpadają raniąc siebie nawzajem a to co najgorsze skazując potomstwo na sieroctwo emocjonalne jak i prawne. Egoizm młodego człowieka, niestety nie pozwala na prawdziwą miłość; liczę się tylko ja i moje „ego”. To, że dziecko w procesie wychowania potrzebuje tak matkę jak i ojca, i to kochających się wzajemnie, nie jest ważne, gdyż moje potrzeby są ważniejsze. Niestety, kochani młodzi – gubiąc Chrystusa, gubicie siebie.

Czasami pytam kogoś młodego o imieniny zwłaszcza kiedy w kalendarzu przypada dzień związany ze znanym powszechnie imieniem: Józef, Piotr, Agnieszka, Łucja, Ewa, Krzysztof itd. Często jestem zaskakiwany odpowiedziami: proszę księdza ja nie obchodzę imienin tylko urodziny i nawet nie wiem kiedy imieniny wypadają. Zastanawia mnie to jak szybko rezygnujemy ze zwyczaju tak mocno zakorzenionego w chrześcijaństwie. Nadanie dziecku imienia wiązało się z przyjęciem Sakramentu Chrztu Świętego i rodzice zazwyczaj dbali o to, by dziecko miało patrona; a więc pierwsze lub drugie imię było związane ze świętą postacią, by dziecko miało duchowy kontakt ze świętym i wzór do naśladowania w życiu chrześcijańskim. Owszem, rozwój tej więzi zależał od atmosfery domowej; czy rzeczywiście rodzina żyła chrześcijaństwem. Nawet jeżeli tego nie było, to sam fakt obchodzenie imienin we wspomnienie świętego trochę przypominał o chrzcie i chrześcijańskich zobowiązaniach. Odejście od obchodzenia imienin ma zazwyczaj dwa powody. Pierwszy to nadawanie dzieciom imion, obcych polskiemu językowi a nawet pogańskich i dziwacznych. Drugi powód to chęć pokazania „nowoczesności” i przyjmowanie wzorców z innych krajów. Europejczyk to już nie chrześcijanin tylko wolny człowiek, który początek swój wziął z faktu ukazania się światu poprzez narodziny i to właściwie stanowi o jego wielkości, nawet jeżeli go ochrzczono. Fakt  chrztu staje mało istotny i właściwie wielu młodych ludzi nie wie po co zostali ochrzczeni, ba, nawet mają pretensje do rodziców, że coś takiego ich spotkało. Obraz smutny, ale prawdziwy. Wstydzimy się chrześcijaństwa a styl życia narzucany nam przez modę lansowaną w mediach przyjmujemy bez zmrużenia okiem. Wprawdzie zbawienie nie zależy od tego czy będziesz obchodził urodziny czy imieniny, ale odchodzenie od tradycji chrześcijańskiej trochę „pachnie” niewiarą i lekceważeniem  ważnego aspektu wychowania chrześcijańskiego. Zapominanie o swoim chrzcie jest coraz powszechniejsze nie tylko co do pamiętania daty chrztu, ale także co do miejsca chrztu czy znajomości rodziców chrzestnych. Tymczasem chrzest to pierwszy i najważniejszy sakrament, dający nam dziecięctwo Boże, bez którego nie można korzystać z innych sakramentów. Daję nam też łaskę uświęcającą poprzez odpuszczenie grzechu pierworodnego i grzechów osobistych w przypadku chrztu człowieka dorosłego. Otrzymujemy moc Ducha Świętego do życia zgodnego z Dekalogiem. Włącza do wspólnoty Kościoła, która z woli Chrystusa ma nas prowadzić do zbawienia w które może jeszcze wierzysz. Zachęcam do refleksji nad Sakramentem Chrztu Świętego, gdyż on jest fundamentem na którym powinniśmy budować naszą wiarę. A jak ona jest? To pytanie powinno nas coraz głębiej nurtować, gdyż wielu się wydaje że są wierzącymi a tak właściwie już nimi przestali być.

Nowy rok kalendarzowy zazwyczaj nastraja nas dosyć optymistycznie. Snujemy plany jak wykorzystać najlepiej kolejną porcję czasu, by go nie zmarnować, gdyż on się już nie wróci.  Nasze zamierzenia i plany dotyczą różnych dziedzin życia tak rodziny jak i każdego z nas indywidualnie. Z pewności ma to sens, zakładając nawet, że coś może nie wypalić.  Chciałbym, aby w te nasze plany włożyć również troskę o wymiar duchowy naszego życia. Covid spowodował ogromne spustoszenie nie tylko w zewnętrznych praktykach religijnych, ale także również w naszym osobistym życiu religijnym. Pojawiło się mnóstwo wątpliwości dotyczących wiary co potęguje lęki wynikające z zagrożenia epidemicznego. Wobec przedłużającego się czasu epidemii wielu pyta – dokąd Bóg będzie nas tak doświadczał. Na te i podobne pytanie trudno odpowiedzieć, jeżeli Boga traktuje się jak biznesowego partnera. Doświadczenie ludzkości, chociażby ukazane w Biblii mówi o procesach trwających lata, gdyż czas u Boga to nie 365 dni w roku. Doświadczenie trudu jest obecne w Bożej ekonomii i musimy to przyjąć. Naszym zadaniem jest zrozumienie, że mimo wszystko Bóg nas kocha i troszczy się o nasze zabawienie a nie o dzisiejszy dzień. Niech ten nowy rok będzie wykorzystany także na lepsze poznanie Boga i takie uporządkowanie swojego życia.

Aby się ono Bogu a nie ludziom podobało.

Europa, ta szczególnie oświecona sterowanym euro, odnawialną energią (po co więc jej nowa rura?) dwutlenkiem węgla, wyborem płci, narkotyczną i seksualną swobodą zdaje się zaprzeczać naturalnej rodzinie – jej istnieniu, trwałości, prokreacji. Zastanawiam się dokąd Europejczycy będą pozwalać na harce różnej maści liberałom i socjaldemokratom. Kiedy wreszcie skończy się ten niemożliwy już do zniesienie anty naturze i zarazem antychrześcijański jazgot. Ktoś powie, że trzeba mieć swój rozum i umiejętnie wybierać. Dobrze, ale to mogą uczynić ludzie z doświadczeniem a co ma zrobić młode pokolenie, które zostaje odrywane od naturalnych wartości? Młodzi bardzo łatwo ulegają brukselskim powiewom, gdyż ich przyszły sukces sprowadzony jest w zasadzie do pieniądza: będziesz je miał to będziesz szczęśliwy. Skutki deprecjacji rodziny już są widoczne i przyszłość Europy jest zagrożona. Za jakiś czas cywilizacji tego starego kontynentu  po prostu już nie będzie. Kościół wpatrzony w Świętą Rodzinę z Nazaretu niezmiennie powtarza Bożą prawdę o mężczyźnie i kobiecie, o małżeństwie i rodzinie i o prawdziwym szczęściu człowieka.