Zdaniem Proboszcza

Wielkie poruszenie u jednego z dziennikarzy portalowych wywołała decyzja papieża Franciszka zakazującej celebrowania tzw. „mszy trydenckiej” poza pewnymi wyjątkami, co do których decyzję wydają biskupi diecezjalni. To wydarzenie zostało przedstawione tak jakoby Franciszek kasował reformy Benedykta XVI a tym samym przeciwstawiał się swojemu poprzednikowi. Po pierwsze papież Benedykt XVI nic w tej materii nie reformował tylko wydał zgodę na celebrowanie mszy trydenckiej  co było pewny gestem pojednania wobec lefebrystów i trzeba przyznać, że to się za bardzo nie udało. Po drugie: skoro ryt mszy trydenckiej został ustanowiony na Soborze Trydenckim (1545-1563) jako nowa forma zdyscyplinowania sakramentalnego wobec zapędów reformacji to Sobór Watykański II (1962-1965) miał prawo zreformować liturgię tego sakramentu dostosowując ją do obecnych czasów, zwłaszcza przez wprowadzenie języków narodowych, i to uczynił. Od 1965 roku tzw. ryt rzymski obowiązuje w całym Kościele i trwa do dzisiaj o czym przypomniał swoim zakazem papież Franciszek. Stało się to z prostej przyczyny: lefebryści pozostali przy swoim uporze a pojawili się „księża celebryci”, którym nie wystarczała skromna sutanna i solidna praca lecz szukali oryginalności w odkurzaniu starych ornatów i koronkowych alb, by po prostu odróżnić się od zwykłego księdza. Ponadto nie znając łaciny i całego rytu mszy trydenckiej (jest bardzo zawiła) upraszczali jej liturgię wmawiając zdezorientowanym wiernym zdecydowanie większą wartość mszy odprawianej w takich szatach, tyłem do ludzi i bez zrozumienia tekstów. Tego w Kościele być nie może i stąd zdecydowane posunięcie papieża Franciszka. A dziennikarzowi radzę wziąć się za solidność dziennikarską a najlepiej niech porzuci dokładanie Kościołowi. Wszystkim jeszcze czytającym życzę rozwagi i krytycznego podchodzenia do „nowinek” o Kościele, którego musimy bronić.

W jednym z programów telewizyjnych uśmiechnięte i opalone panie opowiadały o spędzaniu urlopu w kraju. Temat dobry a promocja pięknych zakątków naszej Ojczyzny jak najbardziej pożądana. Prowadząca program dziennikarka zapowiadała kolejne wspomnienia mniej więcej w następujący sposób: pani Marta wraz z dziećmi i swoim partnerem spędziła urlop na Podkarpaciu. Ten zwrot powtarzał się przynajmniej w trzech zapowiedziach kolejnych rozmówczyń. I zapewne wielu powie no to pięknie i nie dostrzeże bardzo znaczącego zjawiska. Otóż prowadząca nie używa określeń cechujących rodzinę a więc żona, mąż i dzieci. Zamiast słowa mąż używa słowa partner a to rodzi przypuszczenia o luźnych związkach, które nie są trwałe i nie mogą być dobrym fundamentem dla społeczeństwa. Być może, któraś z pań tkwiła w takim związku ale czy wszystkie. Przypuszczam, były tam normalne związki małżeńskie ale prowadząca zgodnie z modą na rozwalanie małżeństw nie używała jasnych określeń przynależących rodzinie lecz posługiwała się slangiem liberalnego myślenia. Z podobną sytuacją spotykam się u narzeczonych kiedy przy protokole przedślubnym stawiam pytanie o stan cywilny. Wtedy raz po raz pada odpowiedź wolna. Wtedy pytam czy była w jakimś związku z innym mężczyzną? Zdziwienie sięga zenitu i pada odpowiedź – ależ nie! Wtedy przypominam o istniejącym w języku polskim ostrym określeniu swojego stanu przez zwykłe słowo panna. No, ale słowo panna jest niemodne w popkulturze promującej rozwiązłość seksualną. I aby mocnej podkreślić wartość takiego stanu pytam kawalera czy wolisz pannę mieć za żonę czy tylko wolną. I wtedy już odpowiedź jest zdecydowana i jasna – pannę! Podałem dwa przykłady sączonego  nihilizmu wobec rodziny, którą deprecjonuje się na wszelakie możliwe sposoby. Związki partnerskie, związki homoseksualne, dzieci rodzone na zamówienie, wyśmiewanie etyki katolickiej i porównywanie jej do średniowiecznych praktyk to sposób na usunięcie instytucji rodziny z życia tzw. społeczeństw zachodnich. Kościół będzie bronił naturalnej rodziny i naturalnego wychowania człowieka w oparciu o miłość ojca i matki związanych sakramentem małżeństwa. Lekceważenie nauczania Kościoła to lekceważenie samego Boga i nie można mówić o wierze, kiedy neguje się Objawienie Boże zawarte w Biblii. Katolicy powinni jasno wyrażać się o małżeństwie jako związku mężczyzny i kobiety. Powątpiewanie czy promowanie innych zachowań w tej materii jest grzechem lekceważenia prawa Bożego. I tutaj dotykamy istotnego problemu wiary – uznania w całej rozciągłości Bożego prawa. Niestety coraz więcej niby wierzących tego prawa nie uznaje.

Formalizm religijny jest bardzo widoczny w praktykach wielu katolików. Przy sporządzaniu protokołu przedmałżeńskiego jest pytanie kierowane do narzeczonych: dlaczego chcesz zawrzeć małżeństwo w Kościele? Obserwuję zaskoczenie takim pytaniem i mocne zastanawianie się nad odpowiedzią co świadczy raczej o tym, że narzeczeni nie bardzo żyją wiarą a rozumienie sakramentu małżeństwa jest intelektualnym kosmosem. W ich pojęciu trzeba ślub zawrzeć w Kościele bo tak nakazuje tradycja i oczekiwania babci. Sami niestety nie rozumieją tego aktu i raczej go nie przeżyją jako wydarzenie, w którym otrzymują łaskę Bożą. Podobnie jest w przypadku sakramentu pokuty, gdzie wielu przychodzi nie wiedząc właściwie co daje ten sakrament. Wyrzucą z siebie parę grzesznych sloganów, powtarzanych od leci i oczekują już tylko wybawiającego dźwięku pukania. Tymczasem najpierw należałoby puknąć się w swoja głowę i pomyśleć – o solidnym rachunku sumienia, w którym również należałoby zapytać siebie o postęp duchowy od ostatniej spowiedzi; o szczerym żalu za grzechy a nie tylko zawartym w wyrecytowanej szybko formułce; o pełnym wyznaniu grzechów w czym pomaga właśnie dobry rachunek sumienia; o szczerym zamiarze odwrócenia się od popełnionego zła, a jeżeli tego nie ma to spowiedź jest świętokradzka; o należytym zadośćuczynieni Bogu i ludziom czyli solidnym wypełnieniu pokuty i wyrównaniu wszelkich krzywd wyrządzonych bliźnim a więc przeproszenie małżonka, rodziców i innych, oddania cudzej własności – rzeczy, zapłaty itp. Z niedzielną Eucharystią też wielu ma problem – a to za długo, a to nudnie, a to gorąco, a to zimno. Znudzenie Mszą św. też nam często towarzyszy a wynika to z braku należytej relacji z Chrystusem – muszę mieć świadomość Jego obecności pod postaciami eucharystycznymi i do tego trzeba solidnej wiary. Snuję te refleksje w tym celu, abyśmy pozbyli się formalizmu i ożywili wiarę, by rzeczywiście czuć się autentycznym katolikiem.

Epidemia na szczęście trochę poluzowała, ale zagrożenie nadal istnieje a znawcy tematu apelują o ostrożność i troskę o swoje zdrowie. Dbanie o odporność, stosowny dystans, osobista higiena, szczepienia to działania zalecane nam obywatelom tego kraju. Musimy przyznać, że epidemia uderzyła także  w nasze życie duchowe. Bardzo wielu wiernych z obawy przed zarażeniem przestało korzystać ze sakramentów. Owszem, korzystanie z transmisji nabożeństw niedzielnych jakoś ułatwiało przeżywanie Dnia Pańskiego, ale nie było to uczestnictwo. Przekonanie o uczestniczeniu we mszy poprzez internet czy telewizję wzięło się z błędnych nieraz wypowiedzi biskupów czy innych duchownych. Przyjmowanie tzw. „Komunii duchowej” dla wielu osób było za trudne, gdyż nigdy tego nie czynili, a wiedza katechizmowa na ten temat została już dawno zapomniana. Obawa przed spowiedzią sakramentalną przy konfesjonale oddaliła wielu od tej praktyki, co spowodowało pewien zator sumienia. Skoro tak wiele uwagi słusznie poświęcamy naszemu życiu biologicznemu to również słusznym działaniem jest troska o naszą stronę duchową. Na początku czerwca dzieci z klas IV przeżywały rocznicę pierwszej Komunii św.. Zauważyłem, że wiele dzieci zachowywało się tak, jakby dawno nie byli w kościele. To niestety jest prawdą, gdyż nie widzimy dzieci w kościele a także ich rodziców. Rozumna troska o rodzinę nie powinna ograniczać się tylko do wymiaru zdrowia fizycznego, powinna też uwzględniać wymiar duchowy. Bez rozwoju duchowego człowiek staje się słaby i wobec zagrożeń popada w lęk a nawet depresję. Wtedy biegamy do psychologów, którzy widząc pustkę duchową nieraz nie są w stanie pomóc takiej osobie oczekującej po jednej wizycie pełnego zdrowia psychicznego i duchowego. Powróćmy do życia sakramentalnego, gdyż tylko wtedy jesteśmy autentycznymi katolikami, tylko wtedy możemy mówić o wzroście duchowym, tylko wtedy realizujemy oczekiwania Chrystusa. Obecne rozluźnienie i zarazem czas wakacyjny wykorzystajmy do wzmożonej troski o naszego ducha. Apeluję do rodziców: przyprowadzajcie swoje dzieci do sakramentów i sami z nich korzystajcie. Skończmy z karykaturą życia religijnego polegającą na pozorowaniu życia religijnego przez jednostkowe wydarzenia – komunia dziecka, ślub, pogrzeb babci – gdzie się pokazujemy rodzinie, znajomym i często świętokradzko przyjmujemy Komunię św. Skończmy z udawanym uczestnictwem we Mszy św. traktowanej jako niedzielny trud. Ożywmy się wewnętrznie poprzez odnowienie naszej relacji z Bogiem, który przecież nie utrudnia nam życia, lecz wskazuje na właściwy jego kierunek a poprzez łaskę wspiera nas w trudzie codziennego życia. Codzienna modlitwa to nie formalność lecz dobry ładunek energetyczny, którego często szukamy w używkach  działających krótko i punktowo. Czas letnich chrześcijan już się skończył a obecnie ich świadectwo musi być gorące, bez względu na temperaturę otoczenia.

Tradycja kończenia roku szkolnego przez udział w dziękczynnej Eucharystii raczej zmierza ku zanikowi. Młodzież szkół średnich w zasadzie zlekceważyła Pana Boga – na ok. 1000 osób w kościele o godz. 8.00 było może 150 osób. Świadczy to o słabej wierze a także o laicyzacji życia rodzinnego. Wydarzenia religijne już nie są ważne, gdyż górę bierze lenistwo a także wyrachowanie, konsumpcja i brak autentycznej więzi z Bogiem. W przypadku szkoły podstawowej było znacznie lepiej, chociaż nie wiem czy połowa uczniów była na mszy o godz. 9.00. Tutaj odpowiedzialność spada na rodziców, którzy w wielu przypadkach powoli tracą wiarę, a przy swoim ślubie i chrzcie dziecka zapewniali Kościół o chrześcijańskim wychowaniu swoich dzieci. Powyższe refleksje to nie narzekanie starego proboszcza, ale pytanie o autentyzm wiary, która ma być żywa a nie martwa.