Zdaniem Proboszcza

Widok kościoła naszego podczas mszy niedzielnych przypomina świąteczną choinkę upstrzoną kolorowymi postaciami ludzkimi tkwiącymi w różnych zakamarkach otoczenia kościoła. Zgadzam się z następującymi argumentami stojących poza kościołem: kościół jest ciasny a w ciepłych miesiącach jest duszno; jest jakaś grupa osób, które nie mogą stać w licznym zgromadzeniu ludzi; zdarzają się osoby, które źle się poczuły; rodzice z dzieckiem muszą wyjść z kościoła, gdy jest ono nadmiernie ruchliwe i głośne. Natomiast nie zgadzam się: z notorycznym staniem poza świątynią; staniem na schodach i podpieraniem muru ogrodzeniowego, toczeniem rozmów nawet przez telefon, oglądaniem jadących samochodów. Dlaczego? Msza św. jest tajemnicą obecności Chrystusa – jeżeli mam wiarę to rzeczywiście pragnę w tym wydarzeniu uczestniczyć. Kościół wyraźnie nas poucza o uczestnictwie w Eucharystii - natomiast nie ma mowy o odstaniu w bezpiecznej odległości od ołtarza. Pragnę tym wyjaśnieniem trafić wreszcie do osobistego szacunku wobec Boga i wobec siebie. Bo cóż można powiedzieć o człowieku niby wierzącym, który tak właściwie nie wie, po co przyszedł w niedzielę do kościoła. Stanie na schodach, czy przy ogrodzeniu jest wyraźnym sygnałem marności mojej wiary. Jestem z daleka od Boga! Zewnętrzne gesty są odbiciem wnętrza. Pomyśl o tym a przez najbliższe niedziele wsłuchuj się w homilie, w których podejmiemy temat rozumienia i przeżywanie mszy św. Natomiast wszystkich, którzy muszą przebywać na zewnątrz proszę o zajęcie siedzących miejsc wokół kościoła lub stanie przy wejściach.

Pana Jezusa przyjmiesz do swego serduszka – tłumaczy mama małemu Jasiowi przygotowującemu się do I Komunii Św. Jaś zastanowił się przez chwilę i powiedział: no tak, bo ksiądz powiedział, że ten biały opłatek to Pan Jezus. Tylko jak go połknę to Pan Jezus dostanie się do żołądka i go strawię, i właśnie tego nie rozumiem. Mama zdębiała tak precyzyjnym rozumowaniem dziecka i gorączkowo szukała odpowiedzi, której niestety nie znalazła. Więc zapytała męża a ten asekuracyjnie odpowiedział: to ty tego nie wiesz? I oboje pozostali przy swoim, czyli przy niczym. Tak to bywa, kiedy Eucharystia jest czymś nieokreślonym w życiu niby wierzącego człowieka. Dlatego stawiam pytanie zwłaszcza rodzicom dzieci mających przyjąć I Komunię Św. – czy wierzysz w Eucharystię i rozumiesz ten Dar?

Tragiczna śmierć Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego oraz dziewięćdziesięciu pięciu osób tworzących elitę polityczną i społeczną naszego kraju wywołała wiele dyskusji. Jedna z nich dotyczyła mediów, które jak powszechnie stwierdzono karmiły odbiorców fałszywym obrazem Lecha Kaczyńskiego. Dziennikarze bezmyślnie lub celowo powielali rozmaitego rodzaju wypowiedzi polityków nie cierpiących prezydenta za niemal wszystko, poczynając od wzrostu poprzez próby insynuacji i pomówienia aż do kpiny z umiejętności przemawiania bez kartek. Po katastrofie wielu polityków biło się w piersi z powodu krzywd wyrządzonych prezydentowi. Głos prawdy zaczął się wreszcie przebijać do opinii publicznej i zobaczyliśmy Kaczyńskiego jako człowieka mądrego, posiadającego własne zdanie, uczciwego polityka (co dzisiaj jest rzadkością), patriotę walczącego o prawdę historyczną i właściwe miejsce dla Polski w świecie, człowieka otwartego, rozmownego, ciepłego i ... przyjaciela Żydów. Był katolikiem chociaż nie obnosił się ze swoją pobożnością, gdyż wiarę traktował bardzo poważnie, jako coś osobistego a jednocześnie uzewnętrznianego w swojej postawie moralnej. Kiedy dowiedziałem się o długich dziękczynieniach po mszy w kaplicy pałacu prezydenckiego przypomniał mi się Jan Paweł II, który w swojej watykańskiej kaplicy prowadził długie rozmyślania.Tacy ludzie muszą mieć  chwile by przemyśleć swoje działania i decyzje birąc pod uwagę odpowiedzialnośc przed Narodem i Najwyższym. A kiedy Lech Kaczyński stanął 17.II.2009 roku na Placu Solidarności w Dębicy przed pomnikiem Jana Pawła II i spojrzał na odlaną w brązie twarz papieża pomyślałem, że tych ludzi coś łączy - rok temu pewnie wspólne wartości a dzisiaj już wieczność.

Katyń staje się symbolem polskiej martyrologii. Chociaż po 70 latach wydawało się, że tamta tragedia powoli odejdzie do historii wraz odchodzeniem do wieczności członków rodzin katyńskich, to historia dopisała kolejny niesamowity rozdział.  Trzeba było do tamtej ofiary dołożyć drugą, oby ostatnią. Na zrozumienie tego wydarzenia przyjdzie nam jeszcze poczekać, gdyż jak powiadamy „nieodgadnione są drogi Opatrzności Bożej”. Katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku spowodowała niesamowite nagłośnienie w całym świecie krwawiącej od wielu lat rany Polaków a także historyczne utrwalenie wydarzeń i miejsca chociażby przez pochówek pary prezydenckiej na Wawelu. Dla mnie miejsce spoczynku właśnie w tym miejscu jest uhonorowaniem bohatera, jakim jest elita społeczeństwa polskiego z lat 1940 i 2010. Ból tragedii przeszył serca większości Polaków i jest odczuciem autentycznym. Łączymy się w poczuciu solidarności i patriotyzmu. Nasz sposób wyrażania więzi z ofiarami tragedii nie ma nic wspólnego – jak się próbuje określać - z histerią po śmierci z przedawkowania jakiegoś celebryty czy znanego sportowca. Korzenie naszego bólu tkwią w chrześcijaństwie, może często na co dzień skrywanym, a jednak w chwilach dramatycznych uzewnętrznianym w sposób jaki obserwujemy. Modlitwy, świece, gesty, wyciszenie – to wszystko służy podkreśleniu rze-czywistej więzi i bólu. Mam tylko pewne wątpliwości co do „łez” tych którzy kpili z etosu Golgoty Wschodu i osób, które poświęcały wszelkie siły na to, by prawda historyczna nie była przeinaczana. Mam jednak nadzieję, że te kolejne narodowe rekolekcje zakończą się trwałymi postanowieniami przede wszystkim dla politycznych grzeszników. Naród zdał znakomicie kolejny trudny egzamin z naszej historii.

Najpierw muszę zadeklarować, że doskonale rozumiem słowa Chrystusa „Pozwólcie dziateczkom przychodzić do mnie i nie zabraniajcie im”. Wygłosiłem wiele kazań inspirowanych tymi słowami i bardzo proszę, aby nie pisano do mnie listów, z twierdzeniem, że nie rozumiem tychże słow. Po tym patetycznym wstępie pragnę poruszyć temat, który drażni uczestników nabożeństw niedzielnych. Otóż wraz z wiosną młodzi rodzice przyprowadzają do kościoła swoje pociechy. Znakomita sprawa: cała rodzina jest na niedzielnej eucharystii. Czasem te dzieci trochę pospacerują po kościele, zaglądną tu i ówdzie i wszystko moim zdaniem jest w porządku. Problem zaczyna się wtedy, gdy te dzieci jeszcze nie potrafią zachować się w taki sposób, aby innym a także swoim rodzicom nie przeszkadzać w modlitwie. A są dzieci, które niestety za przyzwoleniem rodziców traktują kościół jak plac zabaw - biegają, tupią nogami, głośno rozmawiają, zaczepiają inne dzieci. Osobnym zjawiskiem jest płacz maleńkiego dziecka, które ma prawo płakać zwłaszcza, jeżeli mu coś dolega. Rodzice próbując uspokoić dziecko są tak nieporadni, że za wszelką cenę muszą to czynić w tłumie innych ludzi, których płacz dziecka całkowicie wytrąca ze skupienia modlitewnego. Kochani rodzice małych dzieci! Przyprowadzajcie je do kościoła, ale wtedy, gdy te dzieci potrafią rozumieć, że kościół jest miejscem gdzie nie ma zabawy. Pewna naturalna ruchliwość dziecka z pewnością nikomu nie będzie przeszkadzała, ale bieganie i hałasowanie – tak. Z płaczącym dzieckiem wychodzimy na zewnątrz lub do zakrystii by można było je uspokoić. Chrystusowe „pozwólcie dzieciom ...” oznacza wszczepianie wiary dziecku a nie zgodę na to, by kościół był dla nich miejscem zabawy przeszkadzającej innym w modlitwie.