Zdaniem Proboszcza

Całe szczęście, że wreszcie zakończyły się wybory w USA, gdyż nasze media oszalały na punkcie tych wyborów a raczej na punkcie kandydatów do urzędu prezydenckiego. Miałem wrażenie, że przyszłość świata a może i wszechświata zależy od amerykańskich wyborów. Europa a za nią posłuszne media liberalne straszyły niemal katastroficzną wizją zwycięstwo republikanina. Demokratka za to była ideałem z doświadczeniem, kompetencją i swoją kobiecością – należy się, by w podziwianej zazdrośnie Ameryce wreszcie prezydentem została kobieta. Stało się jednak tak jak się stało i Amerykanie mają takiego prezydenta jakiego chcieli; bogaty, niezależny, mający trzy żony i sporo dzieci, ponoć przystojny i nie mający żadnego doświadczenia politycznego. Niektórzy mówili, że z dwojga złego lepszym byłaby Pani Clinton. Ameryka jednak ma swoją mentalność i swoją demokrację, której jakoś nikt nie odważy się zbyt krytykować. Tuż po wyborach zatelefonował do mnie znajomy z USA, który był wyraźnie zadowolony z wyborów; zapytałem dlaczego? Odpowiedział bo wreszcie Europa przestanie żerować na Ameryce a zwłaszcza Niemcy i Francuzi. A co z Putinem zapytałem, gdyż nawet dębiczanie obawiają się tych ważnych relacji i usłyszałem: poradzą sobie gdyż obydwaj nie są głupcami. Otóż ten nieco przydługawy obraz po wyborach niemal światowych nasuwa mi wiele myśli. Świat polityki to świat interesów tak w małym wymiarze jak i w wielkim. Piękne deklaracje polityków są piękne tylko w takim momencie jak dzień wyboru czy zaprzysiężenia a później nabierają takich odcieni, że trudno białe odróżnić od czarnego. Sprawność polityków raczej nie służy ogółowi tylko wąskim grupom a wyborcom tłumaczy się: tak musi być i nie da się inaczej. Wyborcy są niestety karmieni „życzeniową sieczką” a kandydatów oceniamy zazwyczaj niewłaściwie: dobrze wygląda - ładnie mówi, ale co i dlaczego tak mówi to już nie reflektujemy. Pomijamy zupełnie to, kim tak naprawdę jest ten kandydat chociażby w odniesieniu do naszego świata wartości. Mam wrażenie, że moralność i człowieczeństwo są na drugim planie, gdyż źle wypadają wobec oczekiwań wyborców. I właściwie mamy takich przywódców jacy sami jesteśmy.

Wiele osób korzysta ze sakramentu pokuty w naszym kościele i muszę powiedzieć, że spowiedzi na ogół są głęboko przeżywane, tak jak ktoś potrafi to uczynić. Spotykam się niestety od czasu do czasu z sytuacją, w której penitent wdaje się w spór ze spowiednikiem sugerując, że uznanie grzechu zależy właśnie od spowiednika. Inaczej mówiąc przenosi do konfesjonału sytuację ze sali sądowej gdzie oskarżony próbuje się wybielać. Otóż spowiedź nie jest sądem, nikt nikogo nie oskarża, nikt nie prowadzi żadnego śledztwa i nikt nie wydaje wyroku. W sakramencie pokuty penitent szczerze wyznaje grzechy przed Bogiem, spowiednik stwierdza, że nastąpiło wyznanie połączone z żalem, daje zachętę do nawrócenia i rozgrzesza. W konfesjonale można się zapytać, by rozwiać jakąś moralną wątpliwość, lecz nie prowadzi się dyskusji ze spowiednikiem. To nie jest miejsce na tego rodzaju potrzeby. I jeszcze jedno: spowiednik nie jest władny określić grzech penitenta, to on sam to czyni stając w prawdzie przed Bogiem.

Obserwuję coraz powszechniej spotykany formalizm w praktykowaniu wiary. Są tacy, którzy dosłownie wpadają do kościoła, by błyskawicznie wyrzucić przy kratkach konfesjonału parę grzechów jakie sobie przypomnieli wysiadając ze samochodu i niecierpliwie czekają na puknięcie spowiednika, gdyż już mają coś ważnego do załatwienia; inni przychodzą na niedzielną mszę i biernie odstając szybko opuszczają świątynię zmęczeni straconą godziną; rodzice coraz częściej chcą chrztu swojego dziecka poza ustalonymi terminami ponieważ akurat wtedy przyjedzie chrzestny z zagranicy, wtedy jest lokal, wtedy będzie pogoda itd.; kandydaci do bierzmowania skwapliwie pilnują wpisów do tzw. indeksów i są niezadowoleni, że spoczywa na nich tak trudny obowiązek a mogliby przecież coś pożyteczniejszego w tym czasie zrobić np. zaliczyć kolejny krok w grze czy odbyć dodatkową lekcję karate. Próbuję wyjaśniać niewłaściwość takich zachowań lecz najczęściej spotykam się z zarzutem – ksiądz tego nie rozumie, my tak musimy, wreszcie tak nam się podoba. Jako duszpasterz mam obowiązek przypominania o potrzebie przeżycia pewnych treści a nie zaliczania chociażby sakramentów. Zresztą – jeżeli chodzi o sakramenty –Kościół wymaga od przyjmującego sakrament odpowiedniej dyspozycji i postawy, która gwarantuje godne przyjęcie. Musimy, zwracać uwagę na istotny element wydarzenia. W przypadku chrztu: dlaczego prosimy o chrzest dziecka, przygotowanie duchowe rodziców a także rodziny, należyty wybór chrzestnych, zaznajomienie się z przebiegiem liturgii, stworzenie odpowiedniego klimatu dla uroczystości, świadomość wprowadzenia dziecka do wspólnoty Kościoła. Dopiero na drugim miejscu jest otoczka czyli podjęcie gości przy stole, prezenty itp. Podobnie rzecz się ma w przypadku innych wydarzeń, które niestety odzierane są z duchowego wymiaru.

Właściwie Uroczystość Wszystkich Świętych zatraca swój radosny wymiar związany z oddawaniem chwały Bogu w Jego Świętych. Nie wiem też na ile rodzi się w tym dniu pragnienie dążenia do świętości jako szczytu naszych marzeń a inaczej mówiąc, czy tak właściwie myślimy o zbawieniu? W tym dniu Kościół stawia przed nami ideał zrealizowany przez świętych wyniesionych na ołtarze jak i tych, których spowija tylko chwała niebieska. Wydaje mi się, że te tematy, w tym dniu przegrywają z kwiatkami, zniczami, pośpiechem i gwarem cmentarnym. Cmentarz jest głównym celem naszych wypraw a stając przy grobach, to może jedynie starsi zdobywają się na jakąkolwiek modlitwę. Inni raczej traktują to wydarzenie jako okazję do spotkania i pięknych wzdychań: „kupę lat cię nie widziałem, o jak ślicznie wyglądasz, jakie buty!!!, ale masz furę”. Młode pokolenie odbiera ten dzień jako coś niezrozumiałego: co tak właściwie daje odstanie przy grobie krewnego przodka i tępe wpatrywanie się w wyryte nazwisko i imię zmarłej osoby? Rodzice nieraz z trudem „zaganiają” młodocianych do wizyty na cmentarzu próbując im wpoić potrzebę trosko o zmarłych a co za tym idzie zagwarantować jakąś formę troski o swoją przyszłą mogiłę. Otóż te nieco smutne wywody niech nas skłonią do refleksji – w co tak naprawdę wierzę. Jeżeli mam wiarę w zmartwychwstanie to nie będzie z niczym problemu a jeżeli jej nie posiadam to przejechanie kosiarką po grobie czy rozsypanie skremowanych szczątków gdziekolwiek jest smutnym finałem może nawet momentami ciekawego lecz w sumie życia bez nadziei.

Nasze miasto posiada znakomitą Patronkę Świętą Jadwigę Śląską. Piszę to zdanie mając świadomość bardzo lichej percepcji przeszłości tego faktu. Niestety, wielu katolików traktuje patronat świętego jako pewien archaizm, który można co najwyżej radośnie obejść i odłożyć ad actam. Nie wiem ilu dębiczan rzeczywiście traktuje poważnie patronat świętej, która nie tylko jest orędowniczką przed Bogiem jak stwierdziła Stolica Apostolska, lecz jest także znakomitym wzorem, z którego obecne pokolenie może czerpać całymi garściami. Ktoś powie, że jej styl życia to zupełnie inna epoka i mentalność. Owszem, jest to prawda, ale w jej postawie moralnej, jej wrażliwości na biedę i potrzeby drugiego człowieka, jej wierze pełnej zaufania Bogu, jej cierpliwości dla porywczego i brutalnego męża odnajdujemy styl życia chrześcijańskiego potrzebnego i dzisiejszemu człowiekowi. Szukamy wzorców, szukamy sposobów rozwiązywania tak wielu problemów życia a zapominamy o postaciach bardzo tak wyrazistych w swoim człowieczeństwie jak i postawie chrześcijańskiej jaką jest Święta Jadwiga Śląska Patronka Dębicy. Przy okazji dziękuję wszystkim, którzy promują wielką postać Kościoła i na różny sposób pragną ukazać zwłaszcza młodemu pokoleniu potrzebę posiadania w historii tak znakomitej kobiety.