Zdaniem Proboszcza

Boże Ciało, procesja popołudniowa w Parafii Miłosierdzia Bożego, rzesza ludzi. Przychodzimy do trzeciego ołtarza ustawionego tuż przy ogrodzeniu boiska szkolnego z pieśnią i modlitwą. Za ogrodzeniem czterech młodzieńców kopie piłkę. Myślałem, że na moment przechodzącej procesji przerwą „nieudolne znęcanie się nad piłką”. Myliłem się – chłopcy w najlepsze kopali piłkę a odgłosy mieszały się ze słowami Ewangelii. Nie mówię o braku wiary, ale domagam się przynajmniej kultury, która nakazuje uszanowanie modlących się ludzi!

Serce rośnie, kiedy obserwuje się tłumy ludzi uczestniczących w procesji Bożego Ciała. Pragniemy w ten sposób wyrazić naszą cześć dla Najświętszego Sakramentu. Czyńmy to z autentycznym przekonaniem o tej niezwykłej obecności Chrystusa a dzieciom, które licznie biorą udział w procesji powiedzmy o radości z tego, że Pan Jezus jest z nami i to jemu sypiemy kwiaty a nie księdzu proboszczowi.

Msza św. ma początek i koniec – to przypomnienie czynię wszystkim tym, którzy swoiście traktują czas niedzielnej mszy. Początkiem są słowa „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”  zaś końcem odpowiedź na rozesłanie - „Bogu niech będą dzięki”. Tymczasem wielu parafian spóźnia się, a jeszcze większa grupa opuszcza kościół już podczas Komunii św. Msza św. jest pewną całością i każda jej część ma swoje znaczenie. Dlatego jeżeli uczestniczymy rzeczywiście we mszy, wtedy nie mamy problemu z czasem. Apeluję do tych osób, które nie potrafią ofiarować 50 minut dla Pana Boga w ciągu tygodnia – zmieńcie swoje nastawienie do przeżywania mszy. Nie traktujcie jej jako katorgę, z której trzeba się jak najszybciej wyrwać. Msza św. jest spotkaniem – dzięki wierze – z Chrystusem rzeczywiście obecnym w Eucharystii. Nie można traktować mszy jako formalizmu, który dodatkowo okradamy z czasu. Msza jest moim osobistym spotkaniem z moim Zbawicielem we wspólnocie Kościoła, do którego należę. Mając taką świadomość łatwiej pokonać zwykłe nasze słabości i owocnie uczestniczyć w całej mszy św. Tego Wam życzę.

„Wciąż mało katolików na mszach” taki tytuł zobaczyłem ostatnio w jednym z dzienników. Zagłębiwszy się w lekturę artykułu wyczytałem powody takiego stanu - zmiany kulturowe, społeczne i także duszpasterskie. Według socjologów spadek uczestniczących w niedzielnej mszy nie jest drastyczny, ale tendencja się utrzymuje. W latach 1980 – 90 średnio na msze chodziło w całej Polsce ponad 50% katolików, w latach 1991 -2007 tylko 43- 46%; zaś od 2008 ok. 40%. Najlepsze wskaźniki mają diecezje: tarnowska 71%, rzeszowska 65% i przemyska 60%. Jako proboszcz spojrzałem na wyniki frekwencji w naszej parafii, które nie są najgorsze. Otóż utrzymujemy się na poziomie 58-60% biorących udział w niedzielnej mszy św. Można postawić pytanie dlaczego nie 100%.  Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Większość parafian to ludzie rozumiejący czym jest Eucharystia. Nie przeszkadza im to, że musza wystać godzinę nieraz w tłoku. Przychodzą systematycznie i jestem w stanie o wielu osobach powiedzieć, o której godzinie uczestniczą w niedzielnej mszy. Pewno są i tacy, którzy obowiązek niedzielny traktują bardzo lekko; będę miał ochotę to pójdę. Jest to bardzo groźna postawa, w której tajemnicę wiary traktujemy subiektywnie i poddajemy ją pod ocenę naszej „zachciankowości”, będącej niczym innym jak brakiem wiary i brakiem szacunku dla Boga!  Są także i tacy, którzy określają się jako wierzący, lecz niepraktykujący. Przychodzą na mszę jedynie z kaprysu – mam ochotę się przespacerować, zobaczę jak wygląda kościół, bo już kilka miesięcy nie byłem, a może jest już jakiś nowy proboszcz itd. Trudno takiego człowieka  zaliczyć do katolików. Zjawisko obserwowane coraz częściej to wiara bliżej nieokreślona potrzebująca jedynie od czasu do czasu pewnych elementów wiary katolickiej i to na zasadzie usługi niż posługi religijnej. Przykład: zmarł człowiek, który wcale nie praktykował, niedzielna msza była mu obca, ale rodzina domaga się wszelkich celebr pogrzebowych z uroczystą mszą włącznie. Zapraszam więc na mszę każdego parafianina jeszcze za życia ziemskiego przynajmniej w każdą niedzielę.

Widok kościoła naszego podczas mszy niedzielnych przypomina świąteczną choinkę upstrzoną kolorowymi postaciami ludzkimi tkwiącymi w różnych zakamarkach otoczenia kościoła. Zgadzam się z następującymi argumentami stojących poza kościołem: kościół jest ciasny a w ciepłych miesiącach jest duszno; jest jakaś grupa osób, które nie mogą stać w licznym zgromadzeniu ludzi; zdarzają się osoby, które źle się poczuły; rodzice z dzieckiem muszą wyjść z kościoła, gdy jest ono nadmiernie ruchliwe i głośne. Natomiast nie zgadzam się: z notorycznym staniem poza świątynią; staniem na schodach i podpieraniem muru ogrodzeniowego, toczeniem rozmów nawet przez telefon, oglądaniem jadących samochodów. Dlaczego? Msza św. jest tajemnicą obecności Chrystusa – jeżeli mam wiarę to rzeczywiście pragnę w tym wydarzeniu uczestniczyć. Kościół wyraźnie nas poucza o uczestnictwie w Eucharystii - natomiast nie ma mowy o odstaniu w bezpiecznej odległości od ołtarza. Pragnę tym wyjaśnieniem trafić wreszcie do osobistego szacunku wobec Boga i wobec siebie. Bo cóż można powiedzieć o człowieku niby wierzącym, który tak właściwie nie wie, po co przyszedł w niedzielę do kościoła. Stanie na schodach, czy przy ogrodzeniu jest wyraźnym sygnałem marności mojej wiary. Jestem z daleka od Boga! Zewnętrzne gesty są odbiciem wnętrza. Pomyśl o tym a przez najbliższe niedziele wsłuchuj się w homilie, w których podejmiemy temat rozumienia i przeżywanie mszy św. Natomiast wszystkich, którzy muszą przebywać na zewnątrz proszę o zajęcie siedzących miejsc wokół kościoła lub stanie przy wejściach.