Zdaniem Proboszcza

Najpierw muszę zadeklarować, że doskonale rozumiem słowa Chrystusa „Pozwólcie dziateczkom przychodzić do mnie i nie zabraniajcie im”. Wygłosiłem wiele kazań inspirowanych tymi słowami i bardzo proszę, aby nie pisano do mnie listów, z twierdzeniem, że nie rozumiem tychże słow. Po tym patetycznym wstępie pragnę poruszyć temat, który drażni uczestników nabożeństw niedzielnych. Otóż wraz z wiosną młodzi rodzice przyprowadzają do kościoła swoje pociechy. Znakomita sprawa: cała rodzina jest na niedzielnej eucharystii. Czasem te dzieci trochę pospacerują po kościele, zaglądną tu i ówdzie i wszystko moim zdaniem jest w porządku. Problem zaczyna się wtedy, gdy te dzieci jeszcze nie potrafią zachować się w taki sposób, aby innym a także swoim rodzicom nie przeszkadzać w modlitwie. A są dzieci, które niestety za przyzwoleniem rodziców traktują kościół jak plac zabaw - biegają, tupią nogami, głośno rozmawiają, zaczepiają inne dzieci. Osobnym zjawiskiem jest płacz maleńkiego dziecka, które ma prawo płakać zwłaszcza, jeżeli mu coś dolega. Rodzice próbując uspokoić dziecko są tak nieporadni, że za wszelką cenę muszą to czynić w tłumie innych ludzi, których płacz dziecka całkowicie wytrąca ze skupienia modlitewnego. Kochani rodzice małych dzieci! Przyprowadzajcie je do kościoła, ale wtedy, gdy te dzieci potrafią rozumieć, że kościół jest miejscem gdzie nie ma zabawy. Pewna naturalna ruchliwość dziecka z pewnością nikomu nie będzie przeszkadzała, ale bieganie i hałasowanie – tak. Z płaczącym dzieckiem wychodzimy na zewnątrz lub do zakrystii by można było je uspokoić. Chrystusowe „pozwólcie dzieciom ...” oznacza wszczepianie wiary dziecku a nie zgodę na to, by kościół był dla nich miejscem zabawy przeszkadzającej innym w modlitwie.

Wprawdzie Wielkanoc nie nazywamy świętami rodzinnymi to jednak najczęściej  spotykamy się z bliskimi w rodzinach. W polskiej tradycji to zjawisko jest bardzo mocne i wydaje się, że przetrwa „najazd” zachodniego sposobu świętowania. Małżeństwo i rodzina jest dla młodego pokolenia równie ważna jak dla starszego. „Rzeczpospolita” przeprowadziła w marcu sondaż, w którym młodzi Polacy zdecydowanie opowiadają się za rodziną. Jest to bardzo budujące, chociaż drogę do trwałego i szczęśliwego życia rodzinnego widzą różnie. Większość pragnie zdecydowanego małżeństwa i wspólnego życia. Duża grupa uważa jednak, że najpierw należy żyć i mieszkać z partnerem/partnerką, aby sprawdzić czy go poślubię. To zjawisko staje się coraz bardziej widoczne w sytuacji wyjazdów zarobkowych. Młodzi uważają, że uczucia i więzi można zweryfikować tak jak samochód, który przed zakupem sprawdzamy poprzez oględziny i próbna jazdę. Nawet dokładne sprawdzanie nie uchroni nabywcę samochodu od serwisu – a to jest tylko rzecz. Pamiętajmy też, że nawet najlepsza marka traci cenę i po kilkunastu latach ląduje na złomowisku! Cóż dopiero w przypadku bogactwa i celu życia małżeńskiego i rodzinnego! Nie ma sposobu pełnego zweryfikowania osoby, z którą mam tworzyć małżeństwo i rodzinę gdyż więzy miłości wymagają ciągłego odnoszenia się do wzorca prawdziwej miłości danego przez Boga i potwierdzonego przysięgą. Taka miłość przetrwa wszystko!

Jakieś dziwne panie wmawiają nam, że w większości polskich rodzin stosowana jest przemoc wobec dzieci a pani ze stowarzyszenia wspierającego nowe pomysły ustawowe stwierdziła publicznie, że każde użycie siły fizycznej wobec dziecka jest przemocą. W takim razie matka trzymająca za rękę dziecko wyrywające się na jezdnię używa wobec niego przemocy: ojciec chwytający za kołnierz dziecko wkładające rękę w palniki kuchenki stosuje przemoc: rodzice zapinający swoje dziecko w foteliku samochodowym stosują przemoc. I doszliśmy do absurdów gdzie zdrowy rozsądek zastępować chcemy przepisa-mi, które w konsekwencji obrócą się przeciwko dziecku. Błagam was panie feministki, antyfeministki, wszelkiej maści Europejki, ale nade wszystko kobiety, matki – nie traćcie zdrowego rozsądku i uszanujecie sprawdzone metody wychowawcze. One pomogły wychować pokolenia. Każdy z nas z wdzięcznością pamięta otrzymany klaps od rodzica. Dziecko nieraz trzeba powstrzymać siłą by nie skrzywdziło samego siebie. Miłość rodziców jest wystarczającym zabezpieczeniem dobra dziecka. I dlatego lepiej dyskutować o miłości, tej prawdziwej, tej opartej o obiektywne wartości, tej, której źródłem jest Bóg a nie modne ustalenia sankcjonujące pogardę człowieka wobec Miłości.

Tragiczna śmierć policjanta zakłutego przez młodego człowieka wstrząsnęła Polską. Poruszeni stawiamy pytanie dlaczego to się wydarzyło? Dlaczego nikt nie przyszedł z pomocą policjantowi? Dlaczego młody człowiek wyciąga nóż i z zamiarem zabicia dźga drugiego człowieka? Trudno znaleźć odpowiedzi na te pytania. Toczy się wiele dyskusji, w których rozmówcy przytaczają przeróżne zdania i tezy próbujące pozwalające choć w części zrozumieć to wydarzenie. Zatrważającym jest zjawisko solidaryzowania się z zabójcą grupy młodych ludzi, którzy nawet publicznie pochwalają ten czyn. Wysłuchałem dyskusji na antenie PR I i byłem zdumiony wypowiedziami w których odpowiedzialność próbowano przenieść na takie zjawiska jak agresja, osamotnienie, brak zajęć, niewydolność szkoły, itd. Brakło mi w tychże wypowiedziach zdania o etyce, o moralności dlatego, że dyskutanci chcąc być poprawnymi wobec panujących trendów nie byli w stanie dyskutować o wychowaniu moralnym, gdyż negacja zasad moralnych jest aż nadto widoczna. Widzimy to w naszych rodzinach, gdzie dziecko uczy się pierwszych odpowiedzialnych moralnie zachowań. Jeżeli brakuje moralności u rodziców nie będzie jej również i u dzieci. A skąd mamy czerpać obiektywne wartości moralne? Najpierw z naturalnego sumienia, będącego darem Boga dla człowieka, a następnie z prawa Bożego zawartego w Dekalogu. To wystarczy by żyć moralnie. Jeżeli zaś odrzucamy wartości moralne związane z Bogiem, których szczególnym znakiem jest krzyż to nie dziwmy się, że młodzi ludzie zabójstwo policjanta czy jakiegokolwiek człowieka będą uważali za czyn godny pochwały. Uczmy trzymania się w życiu drogi krzyża, a nie będziemy oglądać tragedii w wykonaniu młodych ludzi z nożami w ręku!

Pamiętam jak w 1981 roku powtarzaliśmy z niepokojem słowa; wejdą, nie wejdą (oczywiście Rosjanie). Na szczęście nie weszli. I nie przypuszczałem, że jako proboszcz będę powtarzał coś podobnego: przyjdą, nie przyjdą – tym razem parafianie na rekolekcje. Oczywiście,  mam nadzieję, że jednak przyjdą ponieważ są ludźmi wierzącymi, rozumieją potrzebę wewnętrznego ożywienia, są świadomi swoich słabości i pragną pojednania z Bogiem, bliźnimi i samym sobą. Myślę, że się nie zawiodę.