Zdaniem Proboszcza

„Wciąż mało katolików na mszach” taki tytuł zobaczyłem ostatnio w jednym z dzienników. Zagłębiwszy się w lekturę artykułu wyczytałem powody takiego stanu - zmiany kulturowe, społeczne i także duszpasterskie. Według socjologów spadek uczestniczących w niedzielnej mszy nie jest drastyczny, ale tendencja się utrzymuje. W latach 1980 – 90 średnio na msze chodziło w całej Polsce ponad 50% katolików, w latach 1991 -2007 tylko 43- 46%; zaś od 2008 ok. 40%. Najlepsze wskaźniki mają diecezje: tarnowska 71%, rzeszowska 65% i przemyska 60%. Jako proboszcz spojrzałem na wyniki frekwencji w naszej parafii, które nie są najgorsze. Otóż utrzymujemy się na poziomie 58-60% biorących udział w niedzielnej mszy św. Można postawić pytanie dlaczego nie 100%.  Na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć. Większość parafian to ludzie rozumiejący czym jest Eucharystia. Nie przeszkadza im to, że musza wystać godzinę nieraz w tłoku. Przychodzą systematycznie i jestem w stanie o wielu osobach powiedzieć, o której godzinie uczestniczą w niedzielnej mszy. Pewno są i tacy, którzy obowiązek niedzielny traktują bardzo lekko; będę miał ochotę to pójdę. Jest to bardzo groźna postawa, w której tajemnicę wiary traktujemy subiektywnie i poddajemy ją pod ocenę naszej „zachciankowości”, będącej niczym innym jak brakiem wiary i brakiem szacunku dla Boga!  Są także i tacy, którzy określają się jako wierzący, lecz niepraktykujący. Przychodzą na mszę jedynie z kaprysu – mam ochotę się przespacerować, zobaczę jak wygląda kościół, bo już kilka miesięcy nie byłem, a może jest już jakiś nowy proboszcz itd. Trudno takiego człowieka  zaliczyć do katolików. Zjawisko obserwowane coraz częściej to wiara bliżej nieokreślona potrzebująca jedynie od czasu do czasu pewnych elementów wiary katolickiej i to na zasadzie usługi niż posługi religijnej. Przykład: zmarł człowiek, który wcale nie praktykował, niedzielna msza była mu obca, ale rodzina domaga się wszelkich celebr pogrzebowych z uroczystą mszą włącznie. Zapraszam więc na mszę każdego parafianina jeszcze za życia ziemskiego przynajmniej w każdą niedzielę.

Widok kościoła naszego podczas mszy niedzielnych przypomina świąteczną choinkę upstrzoną kolorowymi postaciami ludzkimi tkwiącymi w różnych zakamarkach otoczenia kościoła. Zgadzam się z następującymi argumentami stojących poza kościołem: kościół jest ciasny a w ciepłych miesiącach jest duszno; jest jakaś grupa osób, które nie mogą stać w licznym zgromadzeniu ludzi; zdarzają się osoby, które źle się poczuły; rodzice z dzieckiem muszą wyjść z kościoła, gdy jest ono nadmiernie ruchliwe i głośne. Natomiast nie zgadzam się: z notorycznym staniem poza świątynią; staniem na schodach i podpieraniem muru ogrodzeniowego, toczeniem rozmów nawet przez telefon, oglądaniem jadących samochodów. Dlaczego? Msza św. jest tajemnicą obecności Chrystusa – jeżeli mam wiarę to rzeczywiście pragnę w tym wydarzeniu uczestniczyć. Kościół wyraźnie nas poucza o uczestnictwie w Eucharystii - natomiast nie ma mowy o odstaniu w bezpiecznej odległości od ołtarza. Pragnę tym wyjaśnieniem trafić wreszcie do osobistego szacunku wobec Boga i wobec siebie. Bo cóż można powiedzieć o człowieku niby wierzącym, który tak właściwie nie wie, po co przyszedł w niedzielę do kościoła. Stanie na schodach, czy przy ogrodzeniu jest wyraźnym sygnałem marności mojej wiary. Jestem z daleka od Boga! Zewnętrzne gesty są odbiciem wnętrza. Pomyśl o tym a przez najbliższe niedziele wsłuchuj się w homilie, w których podejmiemy temat rozumienia i przeżywanie mszy św. Natomiast wszystkich, którzy muszą przebywać na zewnątrz proszę o zajęcie siedzących miejsc wokół kościoła lub stanie przy wejściach.

Pana Jezusa przyjmiesz do swego serduszka – tłumaczy mama małemu Jasiowi przygotowującemu się do I Komunii Św. Jaś zastanowił się przez chwilę i powiedział: no tak, bo ksiądz powiedział, że ten biały opłatek to Pan Jezus. Tylko jak go połknę to Pan Jezus dostanie się do żołądka i go strawię, i właśnie tego nie rozumiem. Mama zdębiała tak precyzyjnym rozumowaniem dziecka i gorączkowo szukała odpowiedzi, której niestety nie znalazła. Więc zapytała męża a ten asekuracyjnie odpowiedział: to ty tego nie wiesz? I oboje pozostali przy swoim, czyli przy niczym. Tak to bywa, kiedy Eucharystia jest czymś nieokreślonym w życiu niby wierzącego człowieka. Dlatego stawiam pytanie zwłaszcza rodzicom dzieci mających przyjąć I Komunię Św. – czy wierzysz w Eucharystię i rozumiesz ten Dar?

Tragiczna śmierć Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego oraz dziewięćdziesięciu pięciu osób tworzących elitę polityczną i społeczną naszego kraju wywołała wiele dyskusji. Jedna z nich dotyczyła mediów, które jak powszechnie stwierdzono karmiły odbiorców fałszywym obrazem Lecha Kaczyńskiego. Dziennikarze bezmyślnie lub celowo powielali rozmaitego rodzaju wypowiedzi polityków nie cierpiących prezydenta za niemal wszystko, poczynając od wzrostu poprzez próby insynuacji i pomówienia aż do kpiny z umiejętności przemawiania bez kartek. Po katastrofie wielu polityków biło się w piersi z powodu krzywd wyrządzonych prezydentowi. Głos prawdy zaczął się wreszcie przebijać do opinii publicznej i zobaczyliśmy Kaczyńskiego jako człowieka mądrego, posiadającego własne zdanie, uczciwego polityka (co dzisiaj jest rzadkością), patriotę walczącego o prawdę historyczną i właściwe miejsce dla Polski w świecie, człowieka otwartego, rozmownego, ciepłego i ... przyjaciela Żydów. Był katolikiem chociaż nie obnosił się ze swoją pobożnością, gdyż wiarę traktował bardzo poważnie, jako coś osobistego a jednocześnie uzewnętrznianego w swojej postawie moralnej. Kiedy dowiedziałem się o długich dziękczynieniach po mszy w kaplicy pałacu prezydenckiego przypomniał mi się Jan Paweł II, który w swojej watykańskiej kaplicy prowadził długie rozmyślania.Tacy ludzie muszą mieć  chwile by przemyśleć swoje działania i decyzje birąc pod uwagę odpowiedzialnośc przed Narodem i Najwyższym. A kiedy Lech Kaczyński stanął 17.II.2009 roku na Placu Solidarności w Dębicy przed pomnikiem Jana Pawła II i spojrzał na odlaną w brązie twarz papieża pomyślałem, że tych ludzi coś łączy - rok temu pewnie wspólne wartości a dzisiaj już wieczność.

Katyń staje się symbolem polskiej martyrologii. Chociaż po 70 latach wydawało się, że tamta tragedia powoli odejdzie do historii wraz odchodzeniem do wieczności członków rodzin katyńskich, to historia dopisała kolejny niesamowity rozdział.  Trzeba było do tamtej ofiary dołożyć drugą, oby ostatnią. Na zrozumienie tego wydarzenia przyjdzie nam jeszcze poczekać, gdyż jak powiadamy „nieodgadnione są drogi Opatrzności Bożej”. Katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku spowodowała niesamowite nagłośnienie w całym świecie krwawiącej od wielu lat rany Polaków a także historyczne utrwalenie wydarzeń i miejsca chociażby przez pochówek pary prezydenckiej na Wawelu. Dla mnie miejsce spoczynku właśnie w tym miejscu jest uhonorowaniem bohatera, jakim jest elita społeczeństwa polskiego z lat 1940 i 2010. Ból tragedii przeszył serca większości Polaków i jest odczuciem autentycznym. Łączymy się w poczuciu solidarności i patriotyzmu. Nasz sposób wyrażania więzi z ofiarami tragedii nie ma nic wspólnego – jak się próbuje określać - z histerią po śmierci z przedawkowania jakiegoś celebryty czy znanego sportowca. Korzenie naszego bólu tkwią w chrześcijaństwie, może często na co dzień skrywanym, a jednak w chwilach dramatycznych uzewnętrznianym w sposób jaki obserwujemy. Modlitwy, świece, gesty, wyciszenie – to wszystko służy podkreśleniu rze-czywistej więzi i bólu. Mam tylko pewne wątpliwości co do „łez” tych którzy kpili z etosu Golgoty Wschodu i osób, które poświęcały wszelkie siły na to, by prawda historyczna nie była przeinaczana. Mam jednak nadzieję, że te kolejne narodowe rekolekcje zakończą się trwałymi postanowieniami przede wszystkim dla politycznych grzeszników. Naród zdał znakomicie kolejny trudny egzamin z naszej historii.