Zdaniem Proboszcza

Kiedy składamy sobie życzenia imieninowe czy świąteczne najczęściej słyszymy słowa - „zdrówka, zdrówka i jeszcze raz zdrówka”. Nic dziwnego, gdyż zdrowie jest – jak się okazuje – najważniejsze, jest zdrowie to jest wszystko. Trudno nie zgodzić się z takim ujęciem tego, co rzeczywiście jest ważne w naszym życiu. Zastanawiam się jednak nad lękiem, przed utratą zdrowia czy nawet śmiercią. Każdy raczej się tego obawia i stąd życzenia, które nie do końca są możliwe do zrealizowania. Najczęściej zdrowie nam towarzyszy przez większą część życia. Przychodzi jednak moment, kiedy choroba zagląda do naszego życia, i co wtedy czynimy? Próbujemy wykorzystywać zdobycze ludzkości i ratować zdrowie. To jest nasz obowiązek. Jednak jest wiele sytuacji, kiedy choroba nas wyniszcza, a nawet jeżeli się zatrzymuje to często bardzo nas ogranicza psując komfort życia. A jeżeli jest to choroba terminalna wtedy wszystko nam się wali, popadamy w przygnębienie a nawet w stany depresyjne. Co wtedy należy czynić? Dla nas, wierzących w wieczność i zbawienie sprawa wydaje się prosta: po cierpieniu przyjdzie szczęśliwa wieczność a doczesne cierpienie ma wyłącznie moc oczyszczającą. Pięknie jest to ujęte, ale jak sobie radzić codziennie z cierpieniem? I tu jest ogromny problem dla większości ludzi. Trudno jest pogodzić się z chorobą, gdyż jak się okazuje, mamy jeszcze bardzo wiele do załatwienia na tej ziemi. Tymczasem trzeba umieć przyjąć chorobę, nadać jej jakiś sens a także godzić się na pewne ograniczenia. Bunt jedynie pogorszy naszą sytuację i jednocześnie doda cierpienia. Choroba jest sygnałem o naszej przemijalności a człowiek prawdziwie wierzący nie powinien mieć z tym problemu, gdyż, jak to pięknie nam Biblia wyjaśnia „żyjemy dla Pana i umieramy dla Pana”. Niemniej bardzo ważną sprawą jest towarzyszenie choremu. Najpierw tym towarzyszeniem jest fachowa opieka medyczna. Chory pod dobrą opieką odzyskuje zdrowie a nawet jeżeli nie jest to możliwe to czuje się bezpiecznie w tym znaczeniu, że otoczenie uczyniło wszystko co możliwe w jego sytuacji. To mimo trwającej choroby niesie jakiś pokój i stabilność emocjonalną. Choroba terminalna, niepełnosprawność czy postępująca starość rodzą potrzebę stałej opieki. I tutaj jest ogromnie dużo do zrobienia. Rodziny bardzo często nie radzą sobie z opieką nad osobami leżącymi. Potrzebne są dobre domy opieki czy fachowa pomoc  w domu chorego. Jak się orientuję, można liczyć na takie wsparcie chociaż wymaga ono jeszcze większego dofinansowania ze względu na rosnące potrzeby. Osobnym problemem są więzi rodzinne. Cierpienie zwłaszcza człowieka starszego pogłębia się poprzez osamotnienie. Dla wielu niestety katolików stara matka czy ojciec są niepotrzebnym balastem. Najlepiej oddać takiego rodzica po opiekę Pomocy Społecznej i zapomnieć o nim aż do śmierci – no bo trzeba ich jakoś pochować, chociażby ze względu na opinię społeczną. Taka postawa to zaprzeczenie wszystkiego: człowieczeństwa, chrześcijaństwa  i jakiejkolwiek miłości. W Dniu Chorego pomyślmy o naszej postawie wobec chorych – rodziców, znajomych, sąsiadów a być może to do nas wróci.

Światło wiary ma być widoczne dla wszystkich i to w każdym wymiarze. Zwrócę uwagę dzisiaj na postawę człowieka wiary w kościele. Obserwuję zachowania wiernych i muszę powiedzieć, że na ogół wypracowane tradycją zachowania są widoczne u starszego pokolenia. Młode pokolenie niestety traktuje kościół jak każdy inny obiekt użyteczności publicznej nie rozumiejąc, że przestrzeń kościoła jest sakralna i wymaga odpowiedniego zachowania. Oto przykłady: wchodzimy i nie klękamy przed Najświętszym Sakramentem na chwilę przywitania, żujemy gumę, często rozmawiamy, siedząc zakładamy nogę na nogę, wchodząc spóźnieni nie zauważamy że jest podniesienie i paradujemy podczas tego tak ważnego momentu, nie dyscyplinujemy dzieci zapominając, że ich zachowanie przeszkadza innym w modlitwie, przychodzimy zainfekowani narażając innych, zapominamy o higienie osobistej, zarażeni tytoniem muszą pamiętać o wyziewach, które drażnią innych. Oto najczęstsze nasze przewinienia w ukazywaniu pięknego światła naszej wiary. Kochajmy nie tylko siebie i drugich!

Tym razem muszę wyrazić ubolewanie z powodu braku właściwej postawy u … no właśnie, u współbraci kapłanów. Otóż krakowski 20 Dzień Islamu był reklamowany m. in. przez plakaty. Zobaczyłem tenże plakat i cóż mogłem odczytać, a staram się być wnikliwym odbiorcą sztuki plakatu: na pierwszym planie kolorowe kontury jakiegoś miasta islamskiego z minaretami zakończonymi półksiężycem, w sumie było ich dziesięć. Natomiast w tle bladoszary kościół Mariacki z wieżami, ale bez krzyży. Odbiór w moi przypadku fatalny, którego treść kojarzy się z wizją zastąpienia katolicyzmu w naszym kraju islamem. Wprawdzie kuria krakowska tłumaczy się, że nie wiedziała, że nie wyrażała zgody itd., ale przecież na czele Rady ds. Dialogu Ekumenicznego i Międzyreligijnego Archidiecezji Krakowskiej stoi ksiądz Łukasz Kamykowski i to z tytułem profesora. Trudno arcybiskupowi przeglądać wszystko co wydaje diecezja, ale po to ma odpowiedzialnych i wykształconych ludzi, by forma dialogu była poprawna, bez tworzenia dziwnych skojarzeń. Poza tym, pytam o szacunek dla naszego Kościoła, z tak wielką historią i tradycją. To Kościół wychodzi z otwartą ręką do Żydów, muzułmanów, protestantów, by tworzyć platformę porozumienie dla dobra ludzkości a nie zastępowania jego ewangelicznego przesłania Koranem. W tym wydarzeniu brakło odpowiednich proporcji a to – moim zdaniem – wynika z coraz mniejszego identyfikowania się z Kościołem nawet duchownych, którym bliższa jest kariera niż służba wspólnocie Kościoła.

Coraz bardziej narzekamy na rozpadanie się więzi międzyludzkich z powodu obecności w naszym życiu smartfonów, bez których – jak się nam - wydaje nie można już żyć. W rodzinach zanika potrzeba rozmowy, gdyż domownicy zajęci są surfowaniem w sieci i kontaktami z osobami często aminowymi. Ktoś nieznany staje się „bliższy” i ważniejszy niż matka, ojciec czy dziecko. Nawet niedzielny obiad jest konsumowany z oczami wpatrzonymi w maleńki ekran. Również narzeczeni znaczną część okresu poznawania się opierają na „drętwych” komunikatorach a później odkrywają swoje emocjonalne braki, które nie pozwalają im kontynuować życia małżeńskiego. Otóż nic nie zastąpi bezpośredniego spotkania człowieka z człowiekiem. Wtedy jesteśmy w stanie przekazać maksimum informacji, pokazać się takimi jakimi jesteśmy, obdarzyć emocjami, które nam towarzyszą czy wreszcie ukazać swoją kulturę. Martwi mnie to, że pozbywamy się zdolności budowania więzi tak bardzo ważnych dla trwałości małżeństw czy  relacji sąsiedzkich pracowniczych czy społecznych. Poza tym komunikatory zabijają hejtem (jest on grzechem) mało odporne osoby, popadające później w depresje, niskie poczucie wartości czy nawet odbierające sobie życie. Spróbujmy zmienić ten „głupi styl” zachowania; Odłóżmy smarfony podczas rodzinnych posiłków, rozmawiajmy w gronie rodziny o wszystkim co nas cieszy i co nas boli, bierzmy udział w życiu rodziny i nie zamykajmy się przed nią. Swojego człowieczeństwa nie zamykaj w wirtualnej przestrzeni, bo to zabije ciebie.

W ostatni pierwszy piątek miesiąca stycznia jak zwykle przed godz. 16.00 udzielałem Komunii Świętej zgromadzonym wiernym, wśród których była spora grupa młodzieży. Kiedy zakończyłem udzielanie i przeszedłem do końcowej liturgii tego obrzędu połączonego z błogosławieństwem zauważyłem, że tej młodzieży już nie ma w kościele - a odstęp czasowy wynosił może dwie, trzy minuty. Zasmuciło mnie to bardzo, gdyż kolejny raz ujawnia się postawa braku szacunku a może nawet i wiary w obecność Chrystusa w Eucharystii. Młodzi ludzie, prawdopodobnie „zmuszeni” do spowiedzi i Komunii św. traktują te sakramenty jako jedynie zaliczenie, bo trzeba wykazać się przed katechetą. Brakuje tym młodym raczej wiary gdyż za wiarą idzie szacunek dla sakramentu. Podobnie rzecz się ma, niestety z wieloma dorosłymi katolikami: przyjmują Komunię Świętą i nie czekając na zakończenie Mszy wychodzą z kościoła, bo co innego jest ważniejsze. Snuję te refleksję ze smutkiem, gdyż wielu wiernych staje się jedynie „formalistami religijnymi” i nie ma w nich życia duchowego. Komunia Święta jest  najlepszym sprawdzianem naszej duchowości, gdyż zakłada ona czystość serca i rozumienie przebywania Chrystusa w nas. Kiedyś uczono nas podobno dosyć „archaicznie”, że do Komunii należy się przygotować a po przyjęciu przez chwilę adorować i złożyć dziękczynienie. Chciałbym wiedzieć ile osób przyjmujących Komunię stosuje się do tak prostego schematu. Msza św. jest naturalnym i najlepszym czasem przyjmowania Komunii Świętej. Liturgia Mszy przygotowuje nas doskonale do Komunii a także daje czas na osobistą adoracje i wspólnotowe dziękczynienie. Trzeba tylko aktywnie uczestniczyć i  wcześnie nie wychodzić z kościoła: Msza kończy się błogosławieństwem. Te moje refleksje niech posłużą do indywidualnych przemyśleń i jeżeli zachodzi taka potrzeba do korekty swojej postawy. Młodzi zapewne naśladują zachowania starszych i za ich postawę opisaną na początku, jesteśmy odpowiedzialni. Rodzice młodzieży przygotowującej się do bierzmowania powinni dać przykład właściwej postawy eucharystycznej. Może będzie potrzeba przeprowadzenia z młodym katolikiem – synem, córką - rozmowy wyjaśniającej i zachęcającej. Zdaję sobie sprawę z trudności takiego dialogu biorąc pod uwagę potrzebę doznaniowości młodego człowieka, ale przecież ten człowiek nie utracił duszy: on jej może nie rozumieć, może nie radzić sobie z duchowym wymiarem życia i trzeba mu w tym pomóc. I tutaj rodzi się pytanie jak to czynić?  Bardzo prosto: dawać codzienne świadectwo wierności zasadom wiary, ukazywać dobro i jego piękno, kultywować w życiu rodzinnym wartości, mówić o prawie człowieka do pełnej, pięknej i odpowiedzialnej miłości, umieć się pochylić nad „marnotrawnym” zachowaniem dziecka i modlić się o światło Ducha Świętego na co dzień.