Zdaniem Proboszcza

Popularny i ciekawy program TVP „Sprawa dla reportera” ukazuje przeróżne ludzkie sytuacje życiowe i dramaty. W ostatni czwartek pokazano jak wyglądają rodzinne relacje gdzie niezrozumiała dla mnie niechęć a może nawet już nienawiść miesza się ze świętością. Mało, ludzie nie wstydzą się prać brudów swojego rodzinnego życia przed całą Polską. Co się stało z intymnością życia rodzinnego i osobistego? Przed Bogiem wstydzimy się przyznać do błędów i dokonać autentycznego wewnętrznego nawrócenia a przed publiką i kamerami czynimy z siebie „gigantów” poprawności moralnej. Wydaje mi się, że jest to pewnego rodzaju pustka oparta na wyniszczającym egoizmie gdzie nie ma miejsca na autentyzm tylko pewnego rodzaju pozór. I to jest łatwo dostrzegalne patrząc chociażby na twarze „bohaterów” niby godzonych przez mecenasa w ostatnim programie Pani Jaworowicz. Takich sytuacji mamy tysiące i dlatego Kościół wzywa nas do opamiętania się i nawrócenia nie w świetle kamer, lecz przed obliczem Boga. Tak łatwo dzisiaj zapominamy o Bogu, po prostu nie tylko się nie wstydzimy przed Nim lecz Go lekceważymy. W niemal każdym sporze motywacja – czy Bóg tego chce – nie istnieje. Co mi tam Bóg mówi wielu ochrzczonych, przyjdzie czas to się z Nim rozliczę. I niestety najczęściej ten czas nie przychodzi, gdyż skała naszych serc już jest tak twarda, że nawet łzy dziecka nie są w stanie jej naruszyć. Pomyślcie o tym skłóceni małżonkowie, rodzice…

Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych powinien być czasem refleksji nad tym co przed nami. Przeszłość jest ważna dla przyszłości i dlatego ukazywanie bohaterstwa tamtych ludzi, którzy nie pogodzili się z quasi suwerennością jest ważna dla współczesnych rozstrzygnięć i budowania prawdy historycznej. Chcąc właściwie ocenić tamten czas musimy pamiętać czym jest wojna i związana z nią nieuchronnie przemoc. Wyolbrzymianie niegodnych wręcz bandyckich zachowań jakiejś niewielkiej liczby ówczesnych żołnierzy podziemia, o czym wiemy, nie może zmienić faktu, że postawa walki o zupełnie wolną Polskę była czymś zasadniczym. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku słyszałem i czytałem o uzbrojonych bandach i cudownych chłopcach z KBW. Dorośli zaraz jednak wyprostowali moje myślenie: to nie bandyci tylko polscy partyzanci walczący nadal o wolność, chociaż czasami niektórzy się zapominali krzywdząc swoich rodaków. Pomyślmy jaką prawdę o naszych czasach przekażemy młodemu pokoleniu.

Spotkałem się z niepokojem dotyczącym rozumienia  oraz przeżywania Wielkiego Postu. Czy – jeżeli to jest Wieki Post – nie muszę znacznie więcej pościć np. dwa trzy dni w tygodniu, albo nawet i przez wszystkie dni. Otóż należy pochwalić ten niepokój co świadczy o wrażliwości ducha i niemal dosłownym rozumieniu, skoro Wielki Post to należy bardzo pościć. Otóż muszę wyjaśnić jak Kościół pojmuje Wielki Post. Najpierw nazwa Wielki Post odnosi się w pierwszym rzędzie do okresu liturgicznego trwającego 40 dni upamiętniającego pobyt Chrystusa na pustyni. Kościół zaleca w tym okresie powściągliwość wobec tych spraw, które są naszą duchową słabością. Rezygnujemy z hucznej rozrywki, odmawiamy sobie słodyczy, alkoholu oraz innych używek, ograniczamy ilość posiłków by bardziej zwrócić się ku duchowi, staramy się więcej pomyśleć o naszej drodze do zbawienia, staramy się panować nad czasem marnotrawionym przy komputerze itp. Wymóg co do postu jakościowego i ilościowego obejmuje tylko piątki oraz Środę Popielcową i Wielki Piątek. Natomiast każdy wierny może sobie dodatkowo nałożyć każdy rodzaj postu związanego z pokarmem. Tak więc w tym okresie nic się nie zmienia co do rodzaju posiłków. Natomiast Zwracajmy uwagę na zalecenia Kościoła przeżywania Wielkiego Postu by rzeczywiście dokonało się w naszym życiu duchowym trwałe nawrócenie.

Pięknie rozpoczęliśmy Wielki Post w minioną Środę Popielcową. Kościoły wypełniły się niemal po brzegi a wydawało się, że także zabraknie popiołu. Na szczęcie niczego nie brakowało dostojnej w tym dniu liturgii i jakiś poboczny obserwator może wysnuć wniosek – no to teraz dopiero będzie się działo jak zaczniemy trzepać nasze sumienia i zdecydowanie wyrzucać zło ze swojego życia. Dobrze, gdyby tak rzeczywiście było, ale wiemy doskonale z pragmatyki naszego życia jaki mamy zapał – po prostu słomiany. Owszem, obserwuję bardzo wiele osób, które serio traktują wezwanie Kościoła do głębokiego przeżycia tych czterdziestu dni w duchu trwałej korekty swojej postawy moralnej: spowiedź na początku, wiele modlitwy, wyciszenie się, by pomyśleć o własnym sumieniu i postanowieniach, no i zwykła codzienna praca i obowiązki. Post kończą udziałem w rekolekcjach i spowiedzią, która jest niby klamra spinająca ten potrzebny człowiekowi czas. Myślę, że ci ludzie doznają wielkiej radości i umocnienia duchowego. Niestety są także i tacy, którzy posypali głowy popiołem, ale uczynili to odruchowo, bez żadnego zaangażowania o czym świadczą chociażby spowiedzi odprawiane z pośpiechem tuż przed świętami, kiedy spowiadający się wymienia dwa grzechy mimo, że rok nie był do spowiedzi, a spowiednik słyszy jeszcze takie pobożne westchnienie penitenta – co, by tu jeszcze dodać!  Na spowiedzi nic się nie dodaje tylko wyznaje grzech, prosto, szczerze i pewnie! To jednak wymaga przygotowania, przemyślenia i przemodlenia. Wielki Post jest takim czasem i możemy powtarzać za św. Pawłem – Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia. Myślę, że ważną sprawą jest tworzenie odpowiedniego klimatu wielkopostnego w rodzinie. Nie chodzi o to, by zamienić firanki i narzuty na fioletowe i jeść codziennie bezmięsne potrawy lecz o wyakcentowanie pewnych działań regenerujących tkankę moralną członków rodziny. Oto przykłady: spróbuje kolejny raz poskromić swoje wady, które kogoś denerwują, lepiej wypełnię swoje obowiązki, zrezygnuję z przyjemności i poświęcę czas dla kogoś z rodziny, nie krzyczymy tylko rozmawiamy, większa dbałość o codzienną kulturę, troska by wziąć udział w jakimś nabożeństwie pasyjnym czy rekolekcjach. Może dobrze będzie, jeżeli już dziś zastanowię się nad moim Wielkim Postem.

Światowy Dzień Chorego przypadający 11 lutego został zainicjowany przez Jana Pawła II w 1992 roku, a jego pierwszy obchód rozpoczęto w 1993 roku w Lourdes. Wydarzenie to jest odpowiedzią katolików współczesnych czasów zwracającą uwagę na sytuację ludzi chorych. Wprawdzie rozwój medycyny, nowe technologie lecznicze bardzo wydatnie pomagają chorym, ale to nie zmienia faktu istnienia szczególnego cierpienia jakim jest sfera duchowa człowieka. Medycyna mimo najlepszych i miłych lekarzy, ofiarnych i pełnych dobroci pielęgniarek nie jest w stanie w jakiś istotny sposób wpływać na duszę człowieka. Czynił to Jezus Chrystus, który dokonywał cudownych uleczeń tak ciała jak i duszy. Doznawali tego nie tylko ci - jakbyśmy to dzisiaj określili wierzący – ale także poganie. Chrystus pokazał, że w takiej sytuacji wystarczy tylko moment otwarcia się na działanie Boga. Choroby i starości nie unikniemy i trzeba się do tego przygotowywać. Jak to czynić dzisiaj, kiedy wielu ludzi z tytułami proponuje niemal przemysłowe rozwiązani – coś już nie da się naprawić to należy zezłomować. Stąd propozycja eutanazji z otoczką uzasadnień typu: wyczerpaliśmy możliwości leczenia, utrzymanie kosztuje czy bardzo atrakcyjne podparcie, pozwólcie człowiekowi decydować o zakończeniu swojego życia – tak jakby on sam rozpoczął swój byt. W orędziach na Światowy Dzień Chorego kolejni papieże zwracali się do chorych z konkretnym nauczaniem Chrystusa dotyczącego rozumienia swojej sytuacji na tym świecie a zwłaszcza tej końcowej sytuacji w jakiej znajduje się życie człowieka. Przy okazji zwracali się do rządzących by czynili co w ich mocy do stworzenia człowiekowi godnych warunków, kiedy przyjdzie cierpienie. Mając to wszystko na uwadze zróbmy wszyscy rachunek sumienia z miłości wobec chorego rodzica, krewnego przyjaciela.