Zdaniem Proboszcza

Światowy Dzień Chorego przypadający 11 lutego został zainicjowany przez Jana Pawła II w 1992 roku, a jego pierwszy obchód rozpoczęto w 1993 roku w Lourdes. Wydarzenie to jest odpowiedzią katolików współczesnych czasów zwracającą uwagę na sytuację ludzi chorych. Wprawdzie rozwój medycyny, nowe technologie lecznicze bardzo wydatnie pomagają chorym, ale to nie zmienia faktu istnienia szczególnego cierpienia jakim jest sfera duchowa człowieka. Medycyna mimo najlepszych i miłych lekarzy, ofiarnych i pełnych dobroci pielęgniarek nie jest w stanie w jakiś istotny sposób wpływać na duszę człowieka. Czynił to Jezus Chrystus, który dokonywał cudownych uleczeń tak ciała jak i duszy. Doznawali tego nie tylko ci - jakbyśmy to dzisiaj określili wierzący – ale także poganie. Chrystus pokazał, że w takiej sytuacji wystarczy tylko moment otwarcia się na działanie Boga. Choroby i starości nie unikniemy i trzeba się do tego przygotowywać. Jak to czynić dzisiaj, kiedy wielu ludzi z tytułami proponuje niemal przemysłowe rozwiązani – coś już nie da się naprawić to należy zezłomować. Stąd propozycja eutanazji z otoczką uzasadnień typu: wyczerpaliśmy możliwości leczenia, utrzymanie kosztuje czy bardzo atrakcyjne podparcie, pozwólcie człowiekowi decydować o zakończeniu swojego życia – tak jakby on sam rozpoczął swój byt. W orędziach na Światowy Dzień Chorego kolejni papieże zwracali się do chorych z konkretnym nauczaniem Chrystusa dotyczącego rozumienia swojej sytuacji na tym świecie a zwłaszcza tej końcowej sytuacji w jakiej znajduje się życie człowieka. Przy okazji zwracali się do rządzących by czynili co w ich mocy do stworzenia człowiekowi godnych warunków, kiedy przyjdzie cierpienie. Mając to wszystko na uwadze zróbmy wszyscy rachunek sumienia z miłości wobec chorego rodzica, krewnego przyjaciela.

Jak wygląda polityka światowa, można było się przekonać w minionym tygodniu. Nowa ustawa o IPN wzbudziła gniew Izraela do tego stopnia, że izraelska ambasador potrafiła zamienić spotkanie poświęcone rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau na polityczną trybunę. To można by jeszcze zrozumieć, ale nota amerykańskiego Sekretariatu Stanu w tej sprawie zawierająca sugestie o możliwości pogorszenia stosunków Polski z USA jeżeli ta ustawa wejdzie w życie jest jasnym sygnałem jak wygląda współczesny świat – to nie świat demokracji i suwerenności lecz zależności, o które trzeba tak dbać, by nie drażnić wielki graczy współczesnego świata. Musimy rozumieć iż jako państwo nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się interesom państw dominujących gospodarczo i militarnie. Ustawa ścigająca tych, którzy publicznie mówią i piszą o „polskich obozach śmierci” jest potrzebna i prawdopodobnie przeszłaby bez większych problemów międzynarodowych. Komuś jednak wpadło do głowy dokonać dalszych zapisów, które my Polacy rozumiemy w naszym pojęciu, ale już natomiast Izraelczycy rozumieją je zupełnie odwrotnie, mało również przekonali Amerykanów, by stanęli po ich stronie. Polacy w takich czy podobnych sprawach jak na razie nie przekonają innych, gdyż lobby żydowskie jest liczniejsze i zdecydowanie silniejsze. Budowanie pozycji polega na drobnych krokach i przysłowiowym „drążeniu skały przez kroplę wody”. Powracając do tejże ustawy, trzeba zauważyć jak wiele jest do zrobienie w naszej Unii by uporządkować tej europejski dom. Jeżeli nie będzie właściwych podręczników historii, chociażby w Niemczech to za chwilę nowe pokolenie historyków wysnuje tezę, że właściwie to Polacy rozpętali II Wojnę Światową bo zbroili się kupując parę karabinów i pięć samolotów za pieniądze zbierane publicznie a to mogło zagrażać Niemcom lub Rosji Sowieckiej. Takie absurdy są możliwe, gdyż – jak się okazuje – są różne interesy wielkich tego świata, interesy, których nawet teraz się nie domyślamy. Przykrym natomiast jest, kiedy w takiej sytuacji nasi politycy wyciągają ciemne karty przypadków denuncjacji Żydów przez Polaków i żerowania na cudzej krzywdzie, co jest faktem, zamiast bronić istotnej tezy sporu: holokaust to dzieło Niemców, obozy na terenie Polski to wymysł Niemców z prozaicznej przyczyny – najwięcej Żydów mieszkało w Polsce a nie jak niektórzy twierdzą, że Niemcy liczyli na pomoc Polaków w zagładzie Polaków pochodzenia Żydowskiego. Absurd, czego dowodem są m.in. wyroki śmierci Polskiego Państwa Podziemnego wydawane i wykonywane na denuncjatorach.

Miło zostaliśmy zaskoczeni informacją o niezwykłym ślubie między stwerdessą a stewardem na pokładzie samolotu, której świadkiem był papież Franciszek. Można powiedzieć, że sprytnie wykorzystali okazję by papież ich pobłogosławił, bo – jak twierdzili - nie mogli wziąć ślubu gdyż zawalił się kościół, w którym mieli już zamówiony ślub. Media oczywiście stworzyły pewnego rodzaju otoczkę, która wprawdzie dodaje smaku odbiorcom, ale może również co niektórym może zamącić w głowie. Odebrana informacja stwarza wrażenie jakoby Papież bez problemu asystuje przy małżeństwie w samolocie na ledwo co wyrażoną prośbę a w naszych parafiach trzeba przechodzić przez całą procedurę prawną. Otóż z pewnością ten zdawałoby się spontaniczny moment ślubu został poprzedzony rozeznaniem prawnym czy młodzi mogą zawrzeć związek małżeński – a więc czy są ochrzczeni i bierzmowani, czy są stanu wolnego, jaką mają świadomość przyjmowanego sakramentu. To ostatnie rozpoznał sam papież gdyż, jak podano, zadał im kilka pytań. Forma tego ślubu była niezwykła,  ale to co poprzedza przyjęcie sakramentu małżeństwa zostało – jak sądzę – dokładnie spełnione. Samo potwierdzenie sakramentu na zwykłej kartce z podpisem papieża jest ważne i wyjątkowo cenne i będzie dla nowożeńców pamiątką przechowywaną przez pokolenia. Przy tej okazji muszę przypomnieć że, małżeństwo sakramentalne dla człowieka wierzącego jest bardzo ważne, gdyż sakramenty są źródłami łask Bożych. Jak można ocenić postawę człowieka niby wierzącego, który świadomie odrzuca sakrament małżeństwa lub wprost nim gardzi. Życie  w związku małżeńskim nie jest ani proste ani łatwe. Wymaga rezygnacji z wielu spraw, którymi chciałoby się zajmować. Wymaga też umiejętności ofiarowania siebie drugiemu prawie bezwarunkowo. Pomijanie tych aspektów życia małżeńskiego i skupianie się jedynie na początkowym gorącym uczuciu i związku cielesnym prowadzi do szybkiego rozpadu małżeństwa. Oparcie małżeństwa o Boży autorytet powinno pomóc w wypełnieniu obowiązków wynikających tak z przysięgi małżeńskiej jak i ze  zobowiązań wobec dzieci. Trudności należy pokonywać nie w egoistycznej kalkulacji lecz w całościowym spojrzeniu na małżeństwo a szczególnie na los dzieci, które najczęściej jednakowo kochają skłóconych rodziców.

Oto na naszych oczach umiera w Polsce chrześcijaństwo – pisze w swoim artykule zamieszczonym w „Tygodniku Powszechnym” dominikanin, o. Ludwik Wiśniewski. Przy okazji oskarża wiele osób i środowisk za ten stan rzeczy min. duchownych i najgorliwszych członków Kościoła, którzy ponoć wprowadzili w religijność wrogość i niechęć m.in. do imigrantów. Oczywiście media liberalne taki temat podchwyciły i szybko zaproszono do TVN24 Ks. Alfreda Wierzbickiego, etyka z KUL-u, by ten swoją profesorską powagą skomentował słowa oskarżeń o. Wiśniewskiego. Ks. Profesor bardzo radośnie solidaryzował się z o. Ludwikiem a nawet w pewnym momencie miał ochotę ukochać prowadzącą z nim rozmowę dziennikarkę, która mu wtórowała. Jestem zażenowany taką postawą i wypowiedziami ludzi wykształconych i kapłanów, którzy tak słabo diagnozują problem wiary u współczesnego człowieka. Owszem czasami są przegięcia w wykorzystywaniu wiary przez polityków, lecz to nie jest przyczyna dystansowania się od Kościoła młodych ludzi, gdyż ten problem dotyczy przede wszystkim młodego pokolenia. Żadne miesięcznice, żaden o. Rydzyk, żadne popieranie PIS-u (o ile takie było, gdyż nie bardzo to dostrzegam) żaden sprzeciw wobec imigrantów islamskich nie są przyczynami coraz słabszej wiary u Polaków! Problem „leży” zupełnie gdzie indziej. Materializm praktyczny, konsumpcyjny styl życia, niechęć do obiektywnych norm moralnych, brak właściwych więzi w rodzinie, odrzucanie Ewangelii jako zbyt trudnej drogi i w konsekwencji brak wiary w Boga. To są moim zdaniem przyczyny, które widać nie z katedry profesorskiej czy zakonnej celi, ale z bycia i rozmawiania z ludźmi, z parafianami, których spotykam codziennie i próbuję im towarzyszyć w ich życiowych problemach. PS. Proponuję tym „zatrwożonym” kapłanom spotkanie z gorliwymi katolikami i duszpasterzami.

Nowego ministra zdrowia zdążyły już wyśmiać  liberalne media bawiąc się, nieraz w niewybredny sposób, podpisaniem przez niego bodajże w 2014 roku deklaracji katolickich lekarzy o sprzeciwie wobec aborcji i eutanazji. Nie bardzo rozumiem tychże dziennikarzy, dlaczego uważają, za coś niewłaściwego u człowieka, który jako lekarz chce bronić życia ludzkiego? Przecież jest katolikiem i taka deklaracja jest czymś normalnym u porządnego człowieka, który wierząc w Boga nie wstydzi się o tym mówić publicznie. Niestety standardem staje się wyśmiewanie wiary, podważanie jej zasadności i spychanie jej do niszowego obszaru życia człowieka. Wiara ma być żywa i widoczna nie tyle w niedzielnych obrzędach lecz przede wszystkim w codziennym życiu tak osobistym jak i społecznym.