Zdaniem Proboszcza

Dosyć szybko zmienia się podejście w naszym społeczeństwie do osób starszych, zwłaszcza rodziców, którzy są już emerytami. W tradycji naszego  społeczeństwa starsi rodzice czyli dziadkowie byli autorytetem dla rodziny, doświadczeni przez życie służyli wiedzą i radą a otoczeni troską i miłością odchodzili z tego świata.  Takie podejście już jest coraz rzadsze – starsi są raczej niepotrzebnym balastem, nieprzystosowanym do szybkich zmian a także nie nadążającym za postępem technicznym. Wnuki a nawet dzieci lekceważąco donoszą się do starszych nawet wyśmiewając z powodu nie radzenia sobie ze współczesnymi środkami komunikacji, telefonem czy Internetem. Taka postawa wobec starości rodzi cierpienie i żal a także ucieczkę w samotność i zgorzkniałość. Jeżeli emerytura przydaje się rodzinie to jeszcze znajdzie się jakiś kąt, lecz coraz częściej rodziny  pozbywają się starszych rodziców jako niepotrzebnego balastu, którym – jak twierdzą - nie ma się już kto opiekować. Powstają coraz to nowe placówki dla emerytów pięknie nazywane – domy spokojnej starości, domy złotej jesieni, rezydencje seniora, pensjonaty, ale w potocznym języku nazywa się to dosyć pospolicie: dom starców, przytułek lub zakład opiekuńczy. Owszem są sytuacje, w których trzeba skorzystać z takim instytucji, ale czy czasami nie stajemy się społeczeństwem zbyt wygodnym? Bardzo łatwo czerpiemy pomysły z zachodnich społeczeństw, gdzie są piękne domy dla seniorów, którym organizuje się ciekawe zajęcia, by się nie nudzili. Pytanie czy oni są tam szczęśliwi? Musimy pamiętać, że nawet złoty dom spokojnej starości z pięknym i dobrym personelem nie zastąpi braku miłości ze strony tych, którym tak właściwie poświęcili samych siebie. Brak osób, którym dało się samego siebie jest cierpieniem można powiedzieć największym. Kontakt telefoniczny i kwartalne odwiedziny nigdy nie zastąpią bezpośredniej obecności czy rozmowy połączonej ze spojrzeniem w twarz, w której zmęczeni trudem życia rodzice dostrzegają swoje rysy i przywołują na pamięć najpiękniejsze wspomnienia i to co w życiu człowieka jest najważniejsze – bezinteresowną miłość. W Dekalogu, tuż po przykazaniach odnoszących się do Boga znajduje się przykazanie dotyczące rodziców – „Czcij ojca i matkę swoją” a tradycja dołożyła: „abyś długo żył i dobrze ci się powodziło na ziemi”.  Dlaczego Bóg dał to przykazanie? Trudno się nie domyślić: bo człowiek niestety jest skażony egoizmem do tego stopnia, że potrafi zapomnieć nawet o swoich rodzicach. Człowiek potrafi skazać tych, którzy dali mu życie i miłość na powolną śmierć w cierpieniu. Przetaczają się przez media akcje broniące więźniów i jeńców przed torturami. Najgorszą zaś torturą zadawaną drugiemu człowiekowi jest zapomnienie rodziców przez dzieci. To zapomnienie ma różne formy, często wygląda zupełnie niewinnie: zajęcie pracą, nie mamy na nic czasu, życie dzisiaj jest takie trudne itd. To wszystko jest po prostu zwykłym kłamstwem wobec rodziców, którym nie chce się wprost powiedzieć, że są już zupełnie niepotrzebni.

Spektakl „Klątwa” w Teatrze Powszechnym w Warszawie stał się znowu okazją do obrażania katolików. Liberałowie nie mogą pogodzić się z obecnością norm moralnych będących w nauczaniu Kościoła Katolickiego uważając je za coś, co sprzeciwia się pełnej wolności człowieka. Ponadto uważają, że Kościół Katolicki jest zbytnio „rozdęty” politycznie oraz, że nie pozwala decydować kobiecie o swoim ciele a także o życiu, które się w niej poczęło. Podobno uznany reżyser aż z Chorwacji odważył się pokazać Polakom jacy są uwstecznieni. Nie oglądnąłem tego spektaklu i nie uczynię tego z prostego powodu: obsceniczne środki wyrazu nie są dla mnie sztuką a ponadto z tej racji, że ktoś odważył się poniewierać świętym mojego Kościoła i jednym z najznamienitszych Polaków. Jakimi Polakami są ci, którzy pozwolili na niemal zwyrodniałą formę sztuki. Prawo zwyrodnialców zamyka i karze a tutaj dyrekcja i reżyser wraz z aktorami na scenie teatru promują zachowania, które normalnemu człowiekowi nie mieszczą się w głowie. No cóż, jeżeli ktoś nie ma nic do powiedzenia to sięga po skandal z użyciem seksu i wymierzonym w Kościół. To jest bardzo łatwe, gdyż biskupi nie będą nawoływali do ucięcia głowy reżyserowi.

Upamiętnianie osób czy wydarzeń jest trwałym elementem naszej cywilizacji. Budowle, pomniki, tablice czy też nagrobki są sposobem, by przekazać następnemu pokoleniu wiedzę historyczną ważną ze względu na wartość wydarzenia czy też znaczenie jakiejś osoby dla społeczeństwa. Nasze miasto jest stosunkowo ubogie w takie pamiątki gdyż przeszłość nie była łatwa: dwie wojny w XX wieku, które praktycznie zniszczyły Dębicę i większość dorobku kulturalnego. W kościele św. Jadwigi liczącym ponad 450 lat istnieje epitafium Trzecieskich z XIX w i małe tablice kamienne poświęcone bohaterom z okresu II Wojny Światowej. Do tych pamiątek dołączy w najbliższą sobotę tablica wykonana z brązu poświęcona Księdzu Prałatowi Stanisławowi Fiołkowi długoletniemu duszpasterzowi dębickiemu. Żyją przecież świadkowie działań Księdza Prałata, którzy mogą potwierdzić iż był to dobry człowiek i kapłan. Rozpoczął swoją przygodę z Dębicą jako katecheta i to bardzo ceniony – do dzisiaj spotykam się ze wspaniałymi świadectwami osób, które uczestniczyły w jego katechezach. Probostwo objął w trudnych latach siedemdziesiątych, gdzie narastało niezadowolenie społeczeństwa z poziomu życia a przede wszystkim z ucisku politycznego i braku wolności. W latach osiemdziesiątych w czasie społecznego zrywu i powstania Solidarności Prałat stał się duchowym autorytetem, z którym liczyła się także strona rządowa. Był cenionym kaznodzieją, dobrym spowiednikiem i człowiekiem otwartym na potrzeby tak duchowe jak i materialne każdego spotkanego człowieka. Biografowie z pewnością dokonają pełnego opisu i oceny tej postaci a nas już teraz przynagla potrzeba serca pełnego wdzięczności – upamiętnienie tablicą w ulubionym miejscu, zmarłego rok temu dobrego kapłana.

Polacy są najbardziej podzielonym narodem świata taką informację można było znaleźć na jednym z portali. Nieco zdziwiłem się tym pierwszym miejscem w niechlubnym rankingu. Można trochę polemizować z wynikami badań przeprowadzonymi przez instytut IPSOS Globar @dvisor na potrzeby raportu „Power to the People”, gdyż czasami metody badawcze są obarczone znacznymi błędami, co jednak nie zmienia faktu, który łatwo dostrzegamy. Znamy wszyscy powiedzenie, mówiące, że gdzie są dwaj Polacy tam są trzy różne głosy i coś jest w tym prawdy. To, że mamy różne opinie, chociażby o rozwiązaniach dotyczących funkcjonowania naszego państwa nie jest czymś ujemnym. Każdy obywatel ma prawo wyrażać swoje – byle mądre – spostrzeżenia i oczekiwania wobec władz czy rozwiązań prawnych. Natomiast bardzo „paskudną” cechą Polaków jest skrajna polaryzacja stanowisk posunięta do tego stopnia, że inaczej myślącego uważa się za wroga. No cóż, przykład idzie z „góry” gdyż politycy z przeciwnych obozów traktują siebie wzajemnie jak wrogów. Widać to chociażby w rozmaitych debatach medialnych czy też przy okazji różnych wydarzeń. Wypadek Pani Premier ukazuje nam jak dalece może sięgnąć wrogość, gdzie nie liczą się jakieś fakty tylko i wyłącznie to co służy rażeniu „wroga” i to nawet przy użyciu kłamstwa posuniętego do oszczerstwa. Należy postawić sobie pytanie: jak tacy ludzie mogą pretendować do sięgania po najwyższe urzędy w państwie. Dzisiaj robi się wszystko, byleby dokopać rządzącym, byleby podwinęła się noga i zawaliła gospodarka, wtedy my przejmiemy stery i wszyscy będą szczęśliwi. Takie działanie jest antynarodowe, gdyż niepowodzenia czy to takiej czy innej opcji politycznej uderzają przede wszystkim w szarego obywatela. Nie wiem jak prowadzić dobrą politykę lecz wiem, że wrogość jest katastrofą dla społeczeństwa i wodą na młyn zewnętrznym wrogom naszego narodu. Pytanie, co należy uczynić, by wójt z PiS-u nie był wrogiem starosty z PO a burmistrz z PSL-u dogadywał się z marszałkiem bezpartyjnym. Może świadomość nadrzędnego interesu jakim jest dobro Ojczyzny Matki Naszej  a nie partykularne układziki będzie priorytetem?

Wulgaryzmy niestety weszły na dobre do naszego słownictwa. Przeklinające dzieci i kobiety i szacowni panowie to codzienność, którą spotykamy wszędzie. Nawet zdarzyło się komuś na spowiedzi głośno przekląć gdy zapomniał sobie jakiegoś grzechu. Przyzwolenie na wulgaryzmy są niestety przyczyną szalonego wkraczania tego sposobu wyrażania się do niemal wszelkich dziedzin ludzkiego życia. W rodzinach rodzice przeklinają, w pracy się przeklina a lekcje i korytarze szkolne też nie są wolne od wypełnionego wulgaryzmami słownictwa. Internet zaś stał się jakby miejscem szczególnego przyzwolenia na wulgarność. Co się stało, że dzisiaj wulgaryzmy świętują sukces w opanowaniu ludzkiego języka. Jak to zwykle bywa, przyczyny są chyba bardzo złożone. Najpierw widziałbym problem tożsamości człowieka w kontekście jego wolności. Wielu nie potrafi określić siebie – kim jestem i ku czemu zmierzam. Porzucając głos sumienia i obiektywne normy moralne człowiek próbuje definiować siebie jako istotę, która jawi się otoczeniu w taki sposób jaki uważa za słuszny. Mnie się to podoba i nie jest ważne czy to ciebie drażni, obraża lub poniża. Drugą sprawą są normy kultury, które wolny człowieczek śmiało podważa. Dzisiaj te normy kulturowe zostały złamane i w zasadzie niewielu zastanawia się nad osobistą kulturą. Spotykam się z tym, że nawet szanujący się obywatele używają wulgaryzmów jako nowych pojęć, którymi dzisiejsze czasy podobno ubogaciły nasz „prymitywny” język. Mało tego, chełpią się swoją postępowością w tym zakresie. Poziom kultury osobistej niestety, obniżył się bardzo. Osobną sprawą są media, które powinny promować zachowania podnoszące poziom kultury, zwłaszcza języka. W czasach tzw. komunizmu w mediach było kłamstwo lecz nie było wulgaryzmów. Po 1989 roku mamy i jedno i drugie. Niektóre środowiska krzyczą o wolne media, które nie tylko, że nadal przekłamują lecz także są nośnikami wulgarności. A przecież dzisiaj kulturę języka kształtują w dużym stopniu właśnie media. Dla praktykujących katolików żyjących w takiej rzeczywistości istnieje problem: czy wulgaryzm jest grzechem? Otóż należy odróżnić wulgaryzm od przekleństwa, gdyż te pojęcia często mieszamy i stosujemy zamiennie. Otóż przekleństwo rzucone na kogoś jest zawsze grzechem. Wulgaryzm jest grzechem jeżeli kogoś obraża, poniża, sprawia przykrość, demoralizuje. Ponadto musimy pamiętać o własnej godności, którą przez wulgaryzmy poniżamy i w ten sposób również grzeszymy nie szanując swojej godności człowieka i to ochrzczonego. Staropolskie powiedzenie jak cię słyszą tak cię piszą wyraża znakomicie powyższe stwierdzenie. Prof. Miodek kilka lat temu w jednym z wywiadów ubolewał nad tak powszechną wulgaryzacją języka polskiego i dał prosty przykład: „Jak w mojej młodości człowiekowi wyrwało się w obecności dziewczyny słowo ….. to trzeba ją było pół roku przepraszać. Dzisiaj każdy nauczyciel powie, że dziewczyny są gorsze od chłopców, ja to zresztą widzę”.  Od siebie zaś dodam: chłopak sponiewiera dziewczynę wulgaryzmami a ona potrafi mu powiedzieć, że go kocha. Świat staną na głowie a kiedy wróci do równowagi to może nie będzie już na czym stanąć.