Zdaniem Proboszcza

Czy dzisiaj jeszcze istnieje grzech? Stawiam to pytanie znając odpowiedź – grzech istnieje i będzie istniał do końca świata. Słowa Chrystusa „kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony” nie pozostawiają wątpliwości co do istnienia grzechu, gdyż użyte w tym pouczeniu słowo „wytrwanie”  zostało użyte jako przeciwstawienie się złu, którego doświadcza człowiek, przez całe swoje ziemskie życie. Tymczasem bardzo wielu katolików pozbywa się świadomości grzechu. Dla wielu grzechu po prostu nie ma. Rugujemy z naszego życia pojęcie grzechu jako przekroczenia Przykazania Bożego. Przykazania nie są rzeczywistym wymogiem moralnym tylko czymś archaicznym podobnym do Kodeksu Hammurabiego, odnoszącym się do zamierzchłych czasów. Zapominamy o tym, że Dekalog to wymagania moralne dla ludzi każdego czasu. Tak więc każde przykazanie należy przestrzegać i nie ma żadnych „zwolnień” z tego obowiązku. Toteż nie cudzołóż znaczy panuj nad swoją seksualnością i korzystaj z niej w związku zwanym małżeństwem, świętuj dzień święty w łączności z Bogiem, nie kradnij tak gołymi rękami jak i przy pomocy komputera, szanuj rodziców okazując im potrzebną opiekę i uwagę, nie zabijaj siebie i drugiego nie tylko fizycznie ale też i duchowo chociażby przez zły przykład. I można by w ten sposób prześledzić  cały Dekalog. Korzystamy wprawdzie ze sakramentu pokuty, ale nie wyznajemy szczerze naszych grzechów z powodu naszych spekulacji czy coś jest grzechem czy nie i najczęściej redukujemy liczbę grzechów, aby na spowiedzi to dobrze wyglądało. Wielu katolików traktuje spowiedź tylko jako formalność, by uzyskać jakiś podpis. Zapominamy o tym, że Bóg zna nasze grzechy i domaga się uczciwego ich wyznania, żalu za nie i autentycznego nawrócenia. Ten ostatni wymóg jest raczej pomijany w naszym życie, gdyż uważamy, że nie można porzucić czegoś co się lubi a lubi chociażby się kraść, przeklinać, obmawiać, oglądać pornografię, nadużywać alkoholu, oddawać się hazardowi itd. Katolik powinien stanowczo przeciwstawiać się złu i wysiłek jaki ponosi celem poprawy swojego życia moralnego jest normalną postawą człowieka wierzącego. Trzeba się zastanowić nad swoim wysiłkiem w ramach realizacji postanowienia poprawy. Doskonale wiemy, że samo nic się nie zrobi, nawet w dziedzinie moralności. Trzeba nieraz wielkie determinacji, by pokonać zło czy pokusę do grzechu a jej owocem będzie możliwość prawdziwego stwierdzenia: może nie jestem doskonały, ale nie popełniam grzechów ciężkich.

Zastanowiła mnie informacja o proponowanych karach dla posłów w formie obniżenia uposażenia za zachowanie nie licujące z pełnioną funkcją posła. Partie opozycyjne jednym chórem sprzeciwiają takiemu projektowi tłumacząc to kolejną próbą kneblowania im ust przez partię rządzącą. Rozumiem spór polityczny i taki powinien się toczyć dla zdrowia rządzących, ale godne zachowanie posła jest elementarnym wymogiem wynikającym z mandatu. Poseł, który narusza swoim zachowaniem powagę swojego urzędu powinien zostać pozbawiony mandatu a nie karany jakimiś karami. Niestety, wielu posłów traktuje swoje wybraństwo jako okazję do zaprezentowania się jako swawolny pan, który może dla osiąganie swoich celów posłużyć się wszystkim, nawet chamstwem. Poseł ma być wzorem zachowań i dyscypliny prawnej. Jeżeli kogoś to nie interesuje niech nie startuje w wyborach i tym samym nie przynosi wstydu społeczeństwu, w tym i mnie, gdyż każdy poseł, obojętnie z jakiej opcji powinien być szanowany ze względu na wybór dokonany w naszej Ojczyźnie, w naszym wspólnym domu. Powinnością posła jest również działanie dla dobra Narodu, posługując się obiektywnymi kryteriami chociaż czasami odmiennymi metodami. Poseł powinien działać jak kiedyś pisał Ks. Piotr Skarga „…swoich  pożytków zapomniawszy, mogli służyć uczciwie…”. Dodam i godnie.

Kilka dni temu zaobserwowałem w naszym kościele grupkę uczniów w wieku gimnazjalnym i nic w tym nie byłoby nadzwyczajnego, gdyby nie to, że dwie lub trzy osoby spokojnie konsumowały lody. Raczej byli to katolicy skoro kilkoro nawet uklęknęło w ławce. Ktoś powie – przecież nic takiego się nie stało, musieli dojeść lody, bo by się roztopiły. Moim zdaniem stało się już coś bardzo niedobrego a ten przypadek to potwierdza. Zatraciliśmy poczucie sacrum czyli szacunku dla miejsc świętych a tym samym i dla Pana Boga. Świątynia symbolizuje obecność Boga, któremu należy się szacunek od każdego, niezależnie od jego wiary lub niewiary. Młodzi ludzie żyjący w poczuciu dostatku i niczym nie skrępowanej wolności coraz częściej naruszają sacrum, gdyż nie są wychowywani do szacunku wobec rzeczy czy miejsc z tym związanych. Przykładów można by mnożyć wiele. Przykładowo spójrzmy na obecność dzieci w kościele, które przychodzą ze swoimi rodzicami. Wiele z nich zachowuje się bardzo ładnie co świadczy o wychowywaniu do traktowania tego miejsca trochę inaczej niż własny dom czy szkołę. Natomiast jest spora grupa rodziców, którzy pozwalają dziecku na zabawę w kościele (głośne bieganie, wylegiwanie się na posadzce lub stopniach ołtarza, posługiwanie się zabawkami, picie soczków itd.). Ktoś znowu powie – niech ksiądz nie przesadza, przecież to dziecko. Odpowiadam, tak to jest dziecko i właśnie dlatego należy je wprowadzać w poczucie sacrum, ono musi przyjmować fakt, że kościół to wyjątkowe miejsce, gdzie zachowujemy się inaczej niż w domu. Poza tym rodzice powinni kierować się kulturą, która mówi że nie wolno komuś przeszkadzać w modlitwie czy skupieniu. Wielu też, niestety i dorosłych żuje w kościele gumę a kiedy mu się znudzi to dyskretnie pozostawia ją na posadzce lub podlepia pod ławką. Jeżeli już guma pomaga tobie w modlitwie to zgoda na przeżuwanie, lecz później zawiń ją w chusteczkę i utylizuj we własnym domu. Może wystarczy tych przykładów i proszę wszystkich niezależnie od wieku i płci – szanujmy sacrum tak w Dębicy jak i na całym świecie.

Podobno lawinowo rośnie liczba dłużników w Polsce, do tego stopnia, ze komornicy mają coraz większe kłopoty ze ściąganiem należności. To wiem z przekazów medialnych, ale przecież dłużników „nie zarejestrowanych” przez sąd jest znacznie więcej. Co się dzieje z moralnością niby katolicką, w której – jak się okazuje - nie ma miejsca na siódme przykazanie? Otóż dzisiejszy katolik bardzo często tworzy sobie moralność swoją, czyli taką która służy jego doczesnym interesom. Wieczność nie jest ważna, liczy się tylko dzisiejszy dzień, w którym dobrze jest błyszczeć tym co widać a najlepiej widać samochód marki premium, nowy dom z ekskluzywnymi przydatkami czy egzotyczne wakacje, które nawet nie potrafimy sensownie opisać. Płytkość potrzeb życiowych potrzebuje coraz więcej pieniędzy (gadżety kosztują) a te zdobywamy coraz częściej nieuczciwie czyli kradnąc. Ktoś, kto pożycza i nie oddaje jest po prostu złodziejem i to najwyższej kategorii, gdyż czyni to z premedytacją i zagarnia spore sumy. Korupcja polityczna nadal się panoszy i wielu dosyć łatwo jej ulega. Na pewno jest grupa polityków ideowych, pragnących uczciwie pełnić swój urząd, ale jest również zbyt wiele osób, które sięgają po korupcyjny zysk. Bardzo boli, kiedy dowiaduję się o kolejnej aferze korupcyjnej z udziałem ludzi walczących kiedyś o wolną i sprawiedliwą Ojczyznę! Okazuje się, że i tacy ludzie ulegają pokusie sięgania po czyjeś pieniądze. Przy tej okazji przypomnieć należy zasady dekalogu: ukradłeś to musisz zwrócić czyli wynagrodzić. Bez tego nie ma odpuszczenia grzechu i o tym musi pamiętać każdy złodziej, obojętne czy w dresie czy pod krawatem! Przy kradzieżach dotyczących znacznych kwot powstaje problem ich zwrotu. Pół biedy, jeżeli sąd nas skaże prawowitym wyrokiem na jakąś karę, która ipso facto staje się zadośćuczynieniem, ale co zrobić, kiedy sprawa jest ukryta a sprawca chce to jakoś naprawić. Warto żyć w zgodzie ze sumieniem i przykazaniem „nie kradnij”. Żyjmy uczciwie a wtedy odejdą stresy i dożyjemy sędziwego wieku ku radości naszej i bliźnich.

Często rozmawiam z młodymi ludźmi przy okazji przygotowania do ślubu i wydaje mi się, że na swój związek patrzą bardzo odpowiedzialnie. Przykładowo: nie wyobrażają sobie rozpadu swojego małżeństwa, chcą mieć dzieci i maja jakąś wizję szczęścia. Życie natomiast dostarcza nam niestety sporo negatywnych przykładów – wzrasta ilość rozpadających się małżeństw a i dzietność też nie wygląda dobrze. Diagnozy tego stanu rzeczy są przeróżne. Wydaje mi się, że młodzi nie mają wystarczającej wytrwałości w trudnościach, brakuje dobrego dialogu zastępowanego emocjonalnym monologiem, a tego czego najczęściej im brak, to fundamentu dla swojej miłości czyli niewzruszalnych zasad miłości. Jest nim Bóg.