Dosyć często obserwuję niepokojące zjawisko, porzucania wiary ze względu na sytuację życiową. Najpierw praca, która staje się głównym celem człowieka młodego. Wciągnięty w styl korporacji czy jakiejś firmy poświęca temu działaniu wszystkie siły, a zatroskani rodzice często powtarzają: proszę księdza jaki ten syn zapracowany, na nic nie ma czasu, nawet na święta nie przyjedzie bo musi pracować. Przecież praca nie jest celem sama w sobie lecz środkiem do osiągania innych celów takich jak  rodzina, funkcjonowanie w gronie przyjaciół, realizacja swoich pasji, rozwój intelektualny i duchowy. Oczywiście tak „zaharowany” człowiek szybko porzuca wiarę a zarazem tak „ciężkie” obowiązki jak Msza niedzielna, jak rozwijanie wiedzy religijnej, jak stosowanie w życiu zasad Dekalogu. Drugą sytuacją życiową jest nowe środowisko zamieszkania, często duże miasto z  anonimowością. Styl życia w nowym miejscu, oddalenie od rodziny są pokusą, by dać sobie spokój z jakimiś wymaganiami religijnymi, tym bardziej, że inni żyją tak jakby Pana Boga nie było i wcale nie jest im źle.   Kolejną sytuacją jest zawieranie małżeństw gdzie jedna strona jest słabo wierząca lub zupełnie niewierząca. Uczucie miłości często jest ślepe na dalsze lata życia. Młodzi zakochują się bezkrytycznie i nie biorą pod uwagę przyszłości, w której trzeba będzie zdefiniować wartości i styl życia całej rodziny. Wychowanie dzieci też musi być jasno określone. Wielkim dramatem jest to, że w związku małżeńskim zazwyczaj osoba o słabej wierze lub niewierząca przeciąga na swoją stronę osobę niby wierzącą i praktykującą. Dzieje się to zazwyczaj niezauważalnie, poprzez zwykłe lenistwo i lekceważenie wiary. Zewnętrzne formy pobożności są powodem pewnego wstydu wobec strony lekceważącej wiarę. I jakoś nie słyszę, by osoby wierzące zapalały swoją wiarą współmałżonka. Świadczy to o bardzo słabej kondycji religijnej wyniesionej z domu. Brakuje argumentów za wiarą i dlatego tak łatwo młodzi rezygnują z życia religijnego stając się osobami o bliżej nieokreślonym spojrzeniu na życie, jego sens. Z czasem przychodzą wyrzuty sumienia, brak odwagi w uporządkowaniu spraw moralnych życiowe zgorzknienie. Radzę młodym z kwitnącym uczuciem, by dopuścili rozum do głosu i zastanowili się nie tylko nad młodzieńczymi emocjami często zabarwionymi erotyką ale nad przyszłością: jak będziemy prowadzić swoje życie w małżeństwie, na czym będziemy się opierać w naszych wyborach moralnych, jakie miejsce zajmą praktyki religijne i co będziemy przekazywać potomstwu. To jest sprawa zasadnicza dla dobra i przetrwania związku małżeńskiego. Ponadto musimy pamiętać jakie są nasze korzenie. Wychowanie idzie za nami w myśl powiedzenia „czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci”. Często starość po byle jakim życiu staje się udręką z ogromnym niepokojem spowodowanym wyrzutem sumienia. Spotykam się z tymi problemami i niestety nieraz nie można temu zaradzić jak tylko liczyć na Miłosierdzie Boże. Musimy jednak pamiętać, że ono mimo wszystko jest powiązane ze sprawiedliwością. Młody człowieku bądź dumny ze swojej wiary i nie oglądaj się w lewo czy prawo lecz idź do przodu z Bogiem.