Nowy Rok 2021 stanął przed nami z wieloma niewiadomymi. Największa z nich to pytanie o koniec epidemii. Jedni mówią o jesieni inni o następnym roku czy nawet dwóch. Szczepienia się zaczęły, ale też i pojawiła się nowa mutacja koronawirusa. To wszystko rodzi zniechęcenie: jedni zamykają się w domach i w sobie a drudzy uważając, że skoro nie mają wpływu na przebieg epidemii to trzeba używać życia bez względu na konsekwencje. I jak zwykle w takich sytuacjach skrajności biorą górę a brakuje złotego środka. Tymczasem trzeba zachować zdrowy rozsądek i żyć nadzieją, że to wszystko się skończy tak jak inne groźne epidemie XX wieku. Zaraza zbierze jakieś śmiertelne żniwo, ale wszyscy przecież nie umrzemy i musimy w tej trudne sytuacji stawić czoła nie popadając w skrajności lecz rozsądnie przeżywać każdy dzień. Okazuje się, że wielką pomocą jest tutaj wiara, która daje siłę opartą o Boga, do przezwyciężania tego co jest tak trudne. Rozmawiam z wieloma ludźmi, którzy nie czekają na cud nadzwyczajnego uzdrowienia lecz próbują zrozumieć to globalne doświadczenie. Ludzkość zachłysnęła się sukcesem postępu technologicznego i uznała że „mieć” to lepsze niż „być”. I okazuje się, że w przypadku koronawirusa „mieć” nic nie znaczy a „być” pomaga nawet w chwili śmierci kogoś bliskiego. Bo „być” w rozumieniu wiary to istnieć nie tylko tutaj na ziemi lecz także w wieczności. Dlatego w tych czasach pogłębiajmy wiarę a nie żegnajmy się z Panem Bogiem jak czyni to wiele młodych, pogubionych w kłamstwie tego świata.