Coraz większy zamęt panuje w umysłach katolików. Często spotykam się ze zdaniem, zwłaszcza ludzi młodych „przestałem chodzić do kościoła bo ten biskup tuszował pedofilię a tamten ksiądz grzesznie zabawiał się z dziećmi”. Najpierw dostrzegam u takiego człowieka słabość wiary, która w zasadzie oparta jest o autorytet człowieka. Mają oni trochę racji, gdyż od głosiciela Dobrej Nowiny wymaga się odpowiedniego świadectwa. Przy tym musimy jednak pamiętać, że grzech wciska się wszędzie, nawet do życia biskupa. Chrystus to przewidział i już o żydowskich kapłanach powiedział jasno – słuchajcie co mówią ale czynów ich nie naśladujcie – mając na myśli zapewne ich złe czyny. Jak ważną sprawą jest moja osobista wiara, która się nie chwieje nawet wtedy gdy powalają kardynała czy kwestionują świętość Jana Pawła II. Pytanie „kim jest dla mnie Jezus” jest kluczowe, a dając pełną i pozytywną odpowiedź nie odcinam się od Kościoła lecz wiem, że w tej wspólnocie ludzi grzesznych zmierzam ku osobistej świętości. Dla mnie kontestacja Kościoła jako niepotrzebnej instytucji to nic innego jak zasłona dymna dla swojej słabej wiary i być może wielkiej grzeszności.  Wszelkie ataki na Kościół mają na celu zniszczenie ostatniego autorytetu moralnego w cywilizacji zachodniej, by móc sprowadzić społeczeństwo jedynie do poziomu przydatności produkcyjnej i odbiorcy dóbr konsumpcyjnych.