Kończą się wakacje, które jak wielu twierdzi, były bardzo trudne z powodu ograniczeń i zagrożeń epidemicznych. Chociaż rozmawiając z wieloma osobami słyszałem słowa zupełnie odmienne – wspaniałe wakacje, wreszcie byliśmy razem z rodziną, a nawet przymusowa kwarantanna pozwoliła lepiej przyjrzeć się sobie. Są również i tacy, którzy uważają, że nie ma epidemii, że celowo został wywołany strach u ludzi, by lepiej na nich zarobić itd., itd. Nie podzielam takich opinii. Wirus istnieje, chociaż mam wiele wątpliwości co do sposobu działań wskazanych przez WHO. Wirusy były, są i będą, jedne groźniejsze inne zupełnie niezauważalne. Wirusy zabijały i będą zabijać, zwłaszcza osłabione organizmy, ale to nie jest powód do nie uzasadnionej izolacji, do bierności życiowej, do zwalniania się z obowiązków jakie na nas ciążą. Może ten stan ogłoszonej epidemii ma nas czegoś nauczyć – dbania o własne i cudze zdrowie, codziennej higieny, potrzebnego dystansu. Może bardziej będziemy sobie cenić zasady prawne, moralne gdyż one stoją na straży naszego dobra i bezpieczeństwa. Dziwi mnie mocno dystansowanie się od dobra duchowego jakim jest Eucharystia. Kto spożywa moje ciało będzie miał życie wieczne – mówi Chrystus. Tak więc nie lękajmy się Eucharystii, nie zamieniajmy jej na oglądanie niedzielnej mszy siedząc w piżamie i popijając kawę. Przyjdźmy na eucharystię gdyż w niej jest źródło naszego chrześcijańskiego życia. Zapytałem kogoś lękającego się wirusa – czy chodzi do pracy, czy robi zakupy? Odpowiedział bardzo słusznie – przecież trzeba żyć! Tak, ale czy do pełnego życia nie jest potrzebna też duchowa strawa? Rzeczywiście – ksiądz ma racje. I może na tym zakończę dzisiejsze zdanie.