Śmierć kogoś bliskiego jest zazwyczaj głębokim przeżyciem. Utraciliśmy kogoś bliskiego, z kim może dzieliliśmy dole i niedole życia ziemskiego. Dla katolika śmierć jest związana ze smutkiem, powagą ale gdzieś tli się nadzieja związana z wiarą w zmartwychwstanie i życie wieczne. Bliscy zmarłego zazwyczaj zabiegają o piękno ceremonii pogrzebowej (trumna, wieńce, kwiaty, trąbki) lecz często zapominają o istocie tego wydarzenia: modlitwie za zmarłego. Przecież Kościół bardzo mocno akcentuje potrzebę modlitwy za zmarłego w liturgii pogrzebowej, która nie kieruje się nastrojowością lecz w każdym momencie skłania nas do modlitwy. Mam jednak wrażenie, że w czasie pogrzebu modli się połowa zebranych a reszta to obserwatorzy. Dostrzegam też bierność rodziny zmarłego, która nawet nie przystępuje do komunii, by ofiarować ja za zmarłego. Wynajmujemy do prowadzenie modlitwy, skądinąd pobożnych ludzi, ale sami nie potrafimy się pomodlić przy trumnie zmarłego rodzica – tak jakbyśmy się wstydzili publicznej modlitwy a za życia obiecywaliśmy kochanej mamusi solenną modlitwę. Coś się dzieje z naszą wiarą w życie pozagrobowe. Może leżąc gdzieś na matce ziemi, w promieniach wyczerpującego się słońca pomyślmy o wieczności, szanujmy śmierć bliskich i pamiętajmy że umarłemu nie pomoże już kadzidło tylko dobra modlitwa.