Zdaniem Proboszcza

W minionym tygodniu obchodziliśmy Dzień Babci i Dzień Dziadka. O ile pierwszy wywołał jakiś oddzew to ten drugi przeszedł prawie bez echa. Słuchałem wielu wypowiedzi, które bardzo ciepło oceniało babcie jako osoby przyjazne dzieciom, jako niezastąpione w opiece nad maluchami, umiejące robić znakomite smakołyki. Brakło mi w tych wypowiedziach korzystania z mądrości babć i dziadków. Wygląda to tak jakby to co oni przeżyli i doświadczyli nie miało najmniejszego znaczenia dla dzieci i wnuków. Jaki właściwie jest status współczesnych babć i dziadków? Są zazwyczaj emerytami a na ich skromne dochody liczą tak dzieci jak i wnukowie. Są potrzebni jako pomoc domowa opiekująca się dziećmi, dowożąca dzieci do szkoły i gotująca obiady. Głosu w sprawach wychowawczych, problemów rodzinnych czy moralnych w zasadzie nie mają, gdyż są starej daty i nieco zabobonni. Słucham nieraz pełnych bólu zdań typu – zachęcam do modlitwy, do pójścia na Mszę św. do sakramentu małżeństwa i słyszę, babciu ty się tym nie zajmuj, to już minęło, to moja sprawa. W wielu rodzinach niestety czeka się na śmierć babci czy dziadka, by przejąć dom i szybko go spieniężyć na konsumpcyjne potrzeby. Tym bardziej podziwiam te rodziny, które na przekór światu szanują starszych rodziców, wsłuchują się w ich zdanie i rzeczywiście troszczą się o ich dobro. To powinno być wdzięcznością wobec babć i dziadków a nie papierowa laurka.

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego w Polsce prowadzi systematyczne badania nad stanem Kościoła. Temu służą coroczne badania (w październiku) prowadzone w parafiach dotyczące udziału we mszach niedzielnych czy liczby przyjmujących Komunię świętą. Tendencje spadkowe są widoczne od wielu lat, których przyczynami są: liberalizm, konsumpcyjny styl życia, osłabienie więzi rodzinnych, negacja trudnych wymogów moralnych, zgorszenie przez duchownych, lenistwo w pogłębianiu wiary. Takie zjawiska zna historia i jakoś Kościół się nie zawalił. Tymczasem lewica przypuszcza raz po raz atak na Kościół posługując się pedofilią, która ponoć mnoży się tylko wśród duchownych, wysysaniem pieniędzy od biednego państwa, atakiem na biedne kobiety, dzieci i osoby LGBT. Takie absurdy działają mocno na wiele osób o słabej kondycji duchowej. I dla nich działacze lewicowi wynaleźli modę na apostazję czyli wystąpienie z Kościoła Katolickiego. Apostazje zdarzały się ale ich liczba była tak niewielka, że zaprzestano badanie tego tematu. Natomiast, aby podkręcić temat uruchomiono licznik apostazji, by pokazać ilu to Polaków pokazało czerwoną kartkę Kościołowi. Ponadto pojawili się patroni apostazji wspierający mocno przyszłych apostatów. Prof. Hartman, znany z niechęci do Kościoła zachęca na swoim blogu do podjęcia apostazji podsuwając argumenty populistyczne lub wzięte z księżyca i to z okresu kiedy przebywał tam Twardowski. Zastanawiam się nad potrzebą apostazji, kiedy praktyczne odejście od Kościoła, zresztą bardzo liczne, nie powoduje żadnych konsekwencji prawnych ani materialnych. Apostaci chcą sobie coś udowodnić poprzez złożenie oświadczenia, które i tak nie przekreśla faktu przyjęcia chrztu a Kościół ich nigdy nie skreśli z ksiąg metrykalnych.

Przyzwyczailiśmy się już znacznie do życia w pandemii. Zapewne jest ono inne niż dawniej. Ograniczenia prawne jednak wpływają na nasze zachowania i pewne wymogi bezpieczeństwa sanitarnego stały się naszym codziennym nawykiem. Nowy rok przyniósł pewną nadzieję na pokonanie wirusa w perspektywie kilku miesięcy a to związane jest z pojawieniem się szczepionki tak bardzo wyczekiwanej. Oczywiście ja to zazwyczaj bywa pojawiły się głosy o szkodliwości tej szczepionki dla naszego DNA, o braku etyki w pracach nad nią wreszcie o pośpiechu z jakim ją przygotowano co może grozić niewiadomymi skutkami zdrowotnymi. Kiedy dotarł pierwszy transport szczepionek do Polski to czymś naturalnym wydawało się, że w pierwszej kolejności otrzymują ją pracownicy służby zdrowia, a więc ci, którzy są najbardziej narażeni na zakażenie ze względu na bezpośredni kontakt z chorymi, których leczą. I jak to często w Polsce bywa są równi i równiejsi. Pojawiła na Uniwersytecie Medycznym się grupa znanych lecz nieuprawnionych osób, by się zaszczepić i zostały z radością obsłużone przez personel medyczny tej placówki. Mało tego – tym czynem zaczęły się chwalić w komunikatorach społecznościowych. Wywołało to ogromny niesmak w społeczeństwie co spowodowało próby tłumaczenia się nieprawnie zaszczepionych. I tutaj te osoby pokazały swoją etykę posługując się w swoich tłumaczeniach, najczęściej kłamstwem lub swoiście rozumianą moralnością jak choćby w przypadku byłego premiera. Zobaczyliśmy przy tej okazji kondycję moralną tzw. elit, dla których zwykły człowiek nic nie znaczy. Liczy się popularność, pozycja społeczna czy wreszcie status materialny. I to jest moralność liberałów europejskich i tych wszystkich, którzy właściwie gardzą biednym i niezaradnymi życiowo człowiekiem. Celebryci pokazali, że życie to ziemskie jest dla nich najważniejsze i muszą je chronić za wszelką cenę. Staram się ich zrozumieć, no bo jak się nie wierzy w wieczność to najdłuższa doczesność staje się priorytetem. Rząd jednak musi w jakiś logiczny sposób rozdzielać darmową szczepionkę tak aby wszyscy chętni ją otrzymali. Ponieważ szczepionka przybywa partiami dlatego określa się kolejne grupy społeczne, które mają zostać zaszczepione. I tutaj ukłon w stronę prezydenta, który zadeklarował, że przyjmie szczepionkę jako ostatni. Przy tej okazji pomyślałem sobie co by się działo, nawet wśród katolików, gdyby duchowni zostali potraktowani jako grupa znacznie narażona na zakażenie? Jednak tak się nie stanie i duchowni raczej zostana przydzieleni do tej ostatniej grupy szczęśliwców.

Nowy Rok 2021 stanął przed nami z wieloma niewiadomymi. Największa z nich to pytanie o koniec epidemii. Jedni mówią o jesieni inni o następnym roku czy nawet dwóch. Szczepienia się zaczęły, ale też i pojawiła się nowa mutacja koronawirusa. To wszystko rodzi zniechęcenie: jedni zamykają się w domach i w sobie a drudzy uważając, że skoro nie mają wpływu na przebieg epidemii to trzeba używać życia bez względu na konsekwencje. I jak zwykle w takich sytuacjach skrajności biorą górę a brakuje złotego środka. Tymczasem trzeba zachować zdrowy rozsądek i żyć nadzieją, że to wszystko się skończy tak jak inne groźne epidemie XX wieku. Zaraza zbierze jakieś śmiertelne żniwo, ale wszyscy przecież nie umrzemy i musimy w tej trudne sytuacji stawić czoła nie popadając w skrajności lecz rozsądnie przeżywać każdy dzień. Okazuje się, że wielką pomocą jest tutaj wiara, która daje siłę opartą o Boga, do przezwyciężania tego co jest tak trudne. Rozmawiam z wieloma ludźmi, którzy nie czekają na cud nadzwyczajnego uzdrowienia lecz próbują zrozumieć to globalne doświadczenie. Ludzkość zachłysnęła się sukcesem postępu technologicznego i uznała że „mieć” to lepsze niż „być”. I okazuje się, że w przypadku koronawirusa „mieć” nic nie znaczy a „być” pomaga nawet w chwili śmierci kogoś bliskiego. Bo „być” w rozumieniu wiary to istnieć nie tylko tutaj na ziemi lecz także w wieczności. Dlatego w tych czasach pogłębiajmy wiarę a nie żegnajmy się z Panem Bogiem jak czyni to wiele młodych, pogubionych w kłamstwie tego świata.

Ojcowie Wspólnoty Europejskiej Adenauer, Gasperi i Schuman raczej wstydzą się za swoich następców, którzy dosyć głęboko wypaczyli ich idee. Żadnemu z tych wspaniałych mężów stanu nie przyszło do głowy, by małżeństwem nazywać związek mężczyzny z mężczyzną lub kobiety z kobietą. Dzisiaj sztandarowym hasłem liberałów i socjalistów europejskich są takie małżeństwa. Ta wielka trójka założycieli miała głębokie korzenie chrześcijańskie. Kościół niezmiennie naucza: związek mężczyzny i kobiety jest małżeństwem. Wszelkiej maści feministki i bliżej nie określeni krzykacze niech zapomną o możliwości zmiany w nauczaniu Kościoła i niech dadzą mu spokój, niech się nie zajmują sprawami wiary, o których mają bardzo blade pojęcie. Rodzina to matka i ojciec związani miłością i to płodną, dającą życie najbardziej kochanym osobom – dzieciom.