Myśli na niedzielę

Zmartwychwstanie Jezusa nie odbyło się tylko tak jak sobie je wyobrażamy: nie polegało na odwaleniu kamienia, na wyjściu i unoszeniu się w powietrzu ze zwycięskim sztandarem tak jak to ukazują artyści. Wyjaśnienia trzeba szukać w Duchu: Duch Święty wszedł w martwe ciało Jezusa, ożywił je i przeniósł do swego świata, który jest jednocześnie światem Boga.

Nie wystarczy stwierdzić faktu historycznego, trzeba jeszcze „widzieć”  Zmartwychwstałego, a tego nie może zapewnić historia lecz jedynie wiara. W Ewangeliach nie wszyscy widzą Zmartwychwstałego, jedynie ci którym On sam pozwala się rozpoznać.

Od nas zależy do kogo będziemy chcieli się upodobnić w historii męki Chrystusa: czy do Cyrenejczyka, który idzie by wspólnie nieść ciężar krzyża, czy do płaczących niewiast czy setnika lub do Maryi stojącej milcząco pod krzyżem. A może będziemy tymi,  którzy jedynie przypatrywali się z daleka.

Mogłoby się wydawać, że relacje z Bogiem są obrazem sielanki. Tymczasem tak nie jest: wszystkim wypowiedziom dotyczącym przymierza towarzyszy w Biblii nuta smutku i dramatyzmu. Przymierze jest w nieustannym kryzysie z powodu niewierności jednego z kontrahentów – lud nie dotrzymuje Bogu kroku i idzie utykając jak pisał już prorok Eliasz. Przeżywamy to również dzisiaj.

Świat sprawia, że coraz trudniej jest uwierzyć w miłość. Obowiązkiem chrześcijanina jest świadectwo dawane prawdziwej miłości. Jest to jego powołania. Może tego dokonać gdyż tej miłości nie wymyślił on sam dzięki swej inteligencji; ona została rozlana w jego sercu na Chrzcie św. Musi jedynie ją odkryć w sobie aby świadczyć o niej przed światem.